Sprawa Żaka - Fragment XVII
– Zimno…
– westchnąłem, spoglądając przez oszronione okno, na krótkie,
blond loki, ganiające przez śnieg za niewielką, czarną kulką
sierści, która trzymała w pysku wełnianą czapkę.
Doświadczywszy
ciszy, spowodowanej wyłączeniem się ekspresu do kawy, obróciłem
głowę, by dostrzec jak ostatnie krople czarnego płynu, wpadają w
biel stworzonej z mleka pianki. Wtem złapałem kubek i wziąłem
mały łyk, pozwalając ciepłu, zalać moje gardło i przełyk. To
uczucie wraz z gromkim śmiechem i odgłosami szczekania, koiło me
zmysły. Niespodziewanie wpadałem na wspaniały pomysł. Otworzyłem
więc okno, aby oświadczyć go bawiącej się z psem istocie, lecz
podmuch lodowatego powietrza, zmusił mnie do zamknięcia oczu.
– Zimno...
– słowa wypłynęły z mych ust w postaci białego obłoku.
Zimno.
Jedna myśl przebiegła mi przez głowę, gdy świadomość wypływała
na powierzchnię oceanu nicości. Zimno. Powtórzyła się ponownie,
gdy umysł uświadomił sobie zdrętwienie ciała. Sfrustrowane oczy,
pragnące dostrzec coś poza ciemnością, zawalczyły z szronem,
zlepiającym powieki i otworzyły się na wszelakie promienie
świetlne. W mig zalane zostały ciepłym światłem, ulicznej lampy.
Z ust, wyrwał się kolejny obłok, który tym razem niósł ze sobą
pełen zrezygnowania jęk. Spływające z objętego ciemnym granatem
nieba, szarawe płatki śnieżnego puchu, umykały na boki, gdzie
stawały się bordowe od, ogarniającej wzrok, krwi.
– Zimno…
– następny obłok uleciał ku niebiosom, umykając moim uszom.
Jedynie
odgłosy trzaskającego ognia rozpraszały panujące milczenie. Czas
biegł nieubłaganie, lecz trudno było zgadnąć, czy robił to
powoli, czy może gonił niczym szaleniec. Wydawało się to nie mieć
żadnego znaczenia. Zupełnie jak wszystko inne. Nagle, choć może
też po dłuższej chwili, skrzypienie śniegu, ugniatanego przez
ciężkie buty, zapowiedziało przybycie nieznajomego. Na jego
polecenie odezwały się odgłosy kolejnych kroków. Te jednak były
szybsze i bardziej zorganizowane. Gdy przybyły, ciemność pojawiła
się ponownie. Jakieś cienie poruszały się wkoło mego nie
wzruszonego żadnymi bodźcami ciała. Po chwili światło lampy znów
trafiło w me źrenice. Tym razem było jednak wymieszane z
pojawiającymi się w regularnych odstępach, niebieskimi i
czerwonymi błyskami. Nagle poczułem, iż niebo zbliża się ku
mnie, a zaległy na mnie śnieg, zsypuje się na boki. Wszystko wkoło
zaczęło pędzić i zmieniać się w rozmazaną grę światło–cieni.
W pewnej chwili spowolniło jednak. Tak bardzo, iż niemal zamarło.
Zupełnie jakby chciało podkreślić ciężar i istotność chwili.
Moje zalane głęboką czerwienią oczy, wpatrywały się w
niewyraźne postacie, szarpiące coś, co wyglądało jak drzwi
samochodowe. Wysiłek z jakim to robiły, wydawał mi się niebywale
wielki, tak jakby siłowali się na próżno ze śmiercią. Nagle ich
wysiłki przyniosły efekt i przestrzeń rozdarło przeraźliwe
skrzypienie.
– Zimno…
– ciche słowo wypłynęło spomiędzy drżących warg.
Widok
bladego ciała wciągniętego z chłodni, przyprawiał mnie o
dreszcze. Nie mogłem pogodzić się z rzeczywistością. Jak to
wszystko się mogło wydarzyć? Czemu ona leżała tu teraz w
objęciach śmierci? Pytania przelatywały mi przez głowę, gdy ktoś
próbował się przebić do mojej świadomości. Poczułem rękę na
moim ramieniu. Ktoś próbował mnie pocieszyć. Zaczynało mi
brakować powietrza. Kręciło mi się w głowie. Miałem nawet
wrażenie jakbym gdzieś z oddali słyszał płacz dziecka.
Rozejrzałem się w poszukiwaniu wyjścia. Tak trudno było mi je
znaleźć w srebrnym połysku wyposażenia kostnicy. Wnet dostrzegłem
coś. Na jednym ze stołów leżał jakiś przedmiot. Zaintrygowany,
zacząłem się ku niemu zbliżać. Gdy to czyniłem, moje uszy
zaczynał wypełniać coraz głośniejszy płacz dziecka. Nim
zdążyłem dotrzeć do celu, ten wrzask stał się na tyle głośny
i bolesny, iż miałem wrażenie, iż ma głowa zaraz eksploduje.
Złapawszy się za nią, upadłem na kolana i sam począłem
wydzierać się najgłośniej jak mogłem.
Komentarze
Prześlij komentarz