Zakonnica
Wieczorową porą, gdy zimny wiatr smaga korony wysokich drzew,
kroczysz szarym, nierównym chodnikiem. Zmierzasz do jednego z
bloków, w którym umówiłeś się na spotkanie. Będąc już
niedaleko swego celu zrównujesz krok z młodym księdzem i jeszcze
młodszą zakonnicą. Idziesz obok nich przez niedługą chwilę,
wsłuchując się w ich małą dysputę na jakiś mało istotny
temat. W pewnym momencie zatrzymujesz się, gdy twoi chwilowi
towarzysze podążają dalej. Rozglądasz się wkoło jakbyś chciał
się upewnić, czy jesteś w dobrym miejscu i w końcu podchodzisz do
odpowiedniej klatki schodowej. Ziewając przeciągle, kierujesz swe
palce w stronę domofonu, gdy niespodziewanie, ktoś otwiera drzwi i
mija cię w pośpiechu. W ostatnim momencie zapobiegasz zamknięciu
się przejścia, a następnie wchodzisz do środka. W ostatniej
chwili spostrzegasz kątem oka, przed chwilą spotkanego księdza i
zakonnicę. Dedukując, iż zamierzają oni przejść przez ten sam
próg co ty, przytrzymujesz zamykające się drzwi. Od razu słyszysz
serdeczne podziękowania, które w mig przeradzają się w błahą
rozmowę na temat pogody i innych bzdetów. Wnet orientujesz się, iż
zaszedłeś za wysoko i musisz się wrócić. W trakcie oświadczania
tego faktu, swoim towarzyszom, ci dochodzą do podobnego wniosku.
Zaczynacie więc schodzić, gdy niespodziewanie młody ksiądz
zaczyna krzyczeć i zbiega w pośpiechu na dół, znikając
bezpowrotnie. Nie wiedzieć czemu nie rusza cię to zdarzenie i
jedyne o czym myślisz, to fakt, iż zapewne jesteś już spóźniony
na swe spotkanie. Spoglądasz więc na numery mieszkań, by
zorientować się jak długą drogę musisz mniej więcej przebyć.
Tu następuje twoje zdziwienie. Wywołane jest ono tym samym układem
liczb na drzwiach po prawej i tych po lewej.
– Sto trzydzieści jeden? – pytasz sam siebie
skonfundowany.
Nie wiedząc, co z tym faktem uczynić, kierujesz się piętro niżej. Tam odnajdujesz podobną sytuację, z tą różnicą, iż na drzwiach, widnieje numer sto pięćdziesiąt jeden. Czując presję bycia spóźnionym, ruszasz na niższe piętro, gdzie do reszty tracisz nadzieję, iż w ogóle dotrzesz do swego celu. Przed tobą rozciąga się obraz długiego korytarza, w którym znajduje się siedem przejść do mieszkań i jedna, gruba kobieta koło pięćdziesiątki, siedząca za niewielkim biurkiem, która jak gdyby nigdy nic zajmuje się swymi jasnoczerwonymi paznokciami.
– Przepraszam, szukam mieszkania trzydzieści trzy. – mówisz grzecznie, oczekując pomocy z jej strony.
– Ja też! – rozlega się za twoimi plecami krzyk szesnastoletniej piękności, o obfitym biuście i idealnie szerokich biodrach, która nie wiedzieć czemu przypomina ci spotkaną wcześniej zakonnicę.
Ignorujesz ją jednak i skupiasz się na odpowiadającej ci właśnie osobie.
– Gdzieś tu jest. – rzecze nieznajoma, niezainteresowana niczym prócz swych tłuściutkich palców.
– Sprawdzę więc wszystkie mieszkania.– oświadczasz z przekąsem.
– Tylko pamiętaj, aby otwierać odpowiednie. – radzi, nie odrywając się od swojego zajęcia.
Z jakiś powodów przyjmujesz jej przestrogę z powagą, jakbyś wiedział, iż trzeba uważać na to, gdzie się zagląda. Nie wiedząc od czego zacząć, rozglądasz się wkoło. Twój wzrok przyciągają metaliczne drzwi, na których wisi plakat z grafiką kościotrupa w czarnej szacie, z kosą w ręce i podpisem „Ostatnia droga.”. Pod nim zaś przyczepione są dwie kartki, na których widnieje napis „Undertaker” i „Śmierć”. Instynkt podpowiada ci, iż lepiej tam nie zaglądać. Kierujesz się więc do innego, losowo wybranego mieszkania i pukasz trzykrotnie. Przejście otwiera się przed tobą momentalnie. Nie zauważasz przed sobą nikogo, lecz spoglądając do usytuowanego na wprost wejścia salonu, dostrzegasz wesołą, trój–osobową rodzinę, spożywającą wspólny obiad, przy akompaniamencie jakiegoś programu telewizyjnego. Uświadomiwszy sobie swą pomyłkę, zaczynasz się wycofywać, szepcząc ciche przeprosiny. Naraz spostrzegasz jednak jak mała dziewczynka w słodkiej, białej sukieneczce w czerwone plamki, wybiega na korytarz i przystając na chwilę, uśmiecha się szeroko, spoglądając na ciebie bystrymi oczkami. Po tym błyskawicznie doskakuje do stojącej obok ciemnowłosej szesnastolatki, którą przytula czule. Gdy kończy, rzuca na ciebie krótkie spojrzenie z tym samym uśmieszkiem na obliczu i ucieka do swego mieszkania, zamykając za sobą drzwi. Ty zaś wzdychasz po raz kolejny i rozglądasz się po miejscu, w którym się znajdujesz. Zastanawiasz się, do którego lokum teraz zapukać. Nim jednak wykonujesz jakikolwiek ruch, spoglądasz na stojącą w milczeniu, seksowną damę. Czując, iż nie powinieneś zostawiać jej samej sobie, zbliżasz się i pytasz niegłośno:
– Wszystko w porządku?
W odpowiedzi zostajesz znienacka przytulony, a na twoją nagą pierś, zaczynają padać słone krople łez. Z jednej strony wiesz, iż sytuacja jest nieodpowiednia i powinieneś odstąpić, a z drugiej czujesz, rozlewające się po tym ciele podniecenie. Przez to nawet nie zastanawiasz się, gdzie podziała się górna część twej garderoby. Bezsilny wobec targających tobą żądz, odwzajemniasz uścisk. Mija dłuższa chwila, podczas której dowiadujesz się z słów przerywanych łkaniem, iż dziewczyna zobaczyła swoje dawne ja, które okrutnie zmarnowało sobie życie. Dziwi cię trochę jej wersja wydarzeń, chociaż sam nie wiesz, skąd miałbyś znać inną. Ignorujesz to jednak, albowiem i tak wiele faktów, powinno zostać poddane pod wątpliwość zdrowego na umyśle człowieka. Nadchodzi wreszcie ten moment, gdy szesnastolatka przestaje płakać i na tobie wisieć. Twojej niewielkiej radości nie ma końca przez jakieś trzy sekundy, w których to z jednego z mieszkań, zdąża wyjść bodajże dwudziestoletni, niski mężczyzna starający się dokończyć swoją misterną kanapkę, nie brudząc przy tym noszonej dwudniowej koszuli w kratę. Wyciąga on klucze, zamyka za sobą drzwi i z wyraźnym zmęczeniem na twarzy rusza na klatkę schodową, aby zbiec w pośpiechu na sam dół. Normalnie wzruszyłbyś na to wszystko ramionami i wrócił do swoich zajęć, lecz niespodziewanie słyszysz cichy jęk.
– To był mój były!
Tak potok łez i zgrzytanie zębów rozpoczynają się od nowa. Nie wiedzieć czemu, jesteś niesamowicie sfrustrowany tym co się wokół ciebie wyprawia. Czujesz się zmęczony i chcesz już wrócić do domu, by położyć się do swojego łóżka i w końcu odpłynąć na dłuższą chwilę. Masz jednakowoż świadomość, iż to czego pragniesz, to tylko marne mrzonki, które długo się nie spełnią. Porzucasz więc wszelkie nadzieje i starasz się przynajmniej przez jakiś czas, być miłym, przejmującym się człowiekiem, skorym do pomocy i kontaktów społecznych. Na nowo zaczynasz uspokajanie zbytnio emocjonalnej osoby, wtulonej bez przerwy w twoją pierś. Jednocześnie zastanawiasz się jak bogate w doświadczenia było życie tej, próbującej odpokutować swoje błędy dziewczyny, przez którą czeka cię teraz długa i męcząca podróż.
Nie wiedząc, co z tym faktem uczynić, kierujesz się piętro niżej. Tam odnajdujesz podobną sytuację, z tą różnicą, iż na drzwiach, widnieje numer sto pięćdziesiąt jeden. Czując presję bycia spóźnionym, ruszasz na niższe piętro, gdzie do reszty tracisz nadzieję, iż w ogóle dotrzesz do swego celu. Przed tobą rozciąga się obraz długiego korytarza, w którym znajduje się siedem przejść do mieszkań i jedna, gruba kobieta koło pięćdziesiątki, siedząca za niewielkim biurkiem, która jak gdyby nigdy nic zajmuje się swymi jasnoczerwonymi paznokciami.
– Przepraszam, szukam mieszkania trzydzieści trzy. – mówisz grzecznie, oczekując pomocy z jej strony.
– Ja też! – rozlega się za twoimi plecami krzyk szesnastoletniej piękności, o obfitym biuście i idealnie szerokich biodrach, która nie wiedzieć czemu przypomina ci spotkaną wcześniej zakonnicę.
Ignorujesz ją jednak i skupiasz się na odpowiadającej ci właśnie osobie.
– Gdzieś tu jest. – rzecze nieznajoma, niezainteresowana niczym prócz swych tłuściutkich palców.
– Sprawdzę więc wszystkie mieszkania.– oświadczasz z przekąsem.
– Tylko pamiętaj, aby otwierać odpowiednie. – radzi, nie odrywając się od swojego zajęcia.
Z jakiś powodów przyjmujesz jej przestrogę z powagą, jakbyś wiedział, iż trzeba uważać na to, gdzie się zagląda. Nie wiedząc od czego zacząć, rozglądasz się wkoło. Twój wzrok przyciągają metaliczne drzwi, na których wisi plakat z grafiką kościotrupa w czarnej szacie, z kosą w ręce i podpisem „Ostatnia droga.”. Pod nim zaś przyczepione są dwie kartki, na których widnieje napis „Undertaker” i „Śmierć”. Instynkt podpowiada ci, iż lepiej tam nie zaglądać. Kierujesz się więc do innego, losowo wybranego mieszkania i pukasz trzykrotnie. Przejście otwiera się przed tobą momentalnie. Nie zauważasz przed sobą nikogo, lecz spoglądając do usytuowanego na wprost wejścia salonu, dostrzegasz wesołą, trój–osobową rodzinę, spożywającą wspólny obiad, przy akompaniamencie jakiegoś programu telewizyjnego. Uświadomiwszy sobie swą pomyłkę, zaczynasz się wycofywać, szepcząc ciche przeprosiny. Naraz spostrzegasz jednak jak mała dziewczynka w słodkiej, białej sukieneczce w czerwone plamki, wybiega na korytarz i przystając na chwilę, uśmiecha się szeroko, spoglądając na ciebie bystrymi oczkami. Po tym błyskawicznie doskakuje do stojącej obok ciemnowłosej szesnastolatki, którą przytula czule. Gdy kończy, rzuca na ciebie krótkie spojrzenie z tym samym uśmieszkiem na obliczu i ucieka do swego mieszkania, zamykając za sobą drzwi. Ty zaś wzdychasz po raz kolejny i rozglądasz się po miejscu, w którym się znajdujesz. Zastanawiasz się, do którego lokum teraz zapukać. Nim jednak wykonujesz jakikolwiek ruch, spoglądasz na stojącą w milczeniu, seksowną damę. Czując, iż nie powinieneś zostawiać jej samej sobie, zbliżasz się i pytasz niegłośno:
– Wszystko w porządku?
W odpowiedzi zostajesz znienacka przytulony, a na twoją nagą pierś, zaczynają padać słone krople łez. Z jednej strony wiesz, iż sytuacja jest nieodpowiednia i powinieneś odstąpić, a z drugiej czujesz, rozlewające się po tym ciele podniecenie. Przez to nawet nie zastanawiasz się, gdzie podziała się górna część twej garderoby. Bezsilny wobec targających tobą żądz, odwzajemniasz uścisk. Mija dłuższa chwila, podczas której dowiadujesz się z słów przerywanych łkaniem, iż dziewczyna zobaczyła swoje dawne ja, które okrutnie zmarnowało sobie życie. Dziwi cię trochę jej wersja wydarzeń, chociaż sam nie wiesz, skąd miałbyś znać inną. Ignorujesz to jednak, albowiem i tak wiele faktów, powinno zostać poddane pod wątpliwość zdrowego na umyśle człowieka. Nadchodzi wreszcie ten moment, gdy szesnastolatka przestaje płakać i na tobie wisieć. Twojej niewielkiej radości nie ma końca przez jakieś trzy sekundy, w których to z jednego z mieszkań, zdąża wyjść bodajże dwudziestoletni, niski mężczyzna starający się dokończyć swoją misterną kanapkę, nie brudząc przy tym noszonej dwudniowej koszuli w kratę. Wyciąga on klucze, zamyka za sobą drzwi i z wyraźnym zmęczeniem na twarzy rusza na klatkę schodową, aby zbiec w pośpiechu na sam dół. Normalnie wzruszyłbyś na to wszystko ramionami i wrócił do swoich zajęć, lecz niespodziewanie słyszysz cichy jęk.
– To był mój były!
Tak potok łez i zgrzytanie zębów rozpoczynają się od nowa. Nie wiedzieć czemu, jesteś niesamowicie sfrustrowany tym co się wokół ciebie wyprawia. Czujesz się zmęczony i chcesz już wrócić do domu, by położyć się do swojego łóżka i w końcu odpłynąć na dłuższą chwilę. Masz jednakowoż świadomość, iż to czego pragniesz, to tylko marne mrzonki, które długo się nie spełnią. Porzucasz więc wszelkie nadzieje i starasz się przynajmniej przez jakiś czas, być miłym, przejmującym się człowiekiem, skorym do pomocy i kontaktów społecznych. Na nowo zaczynasz uspokajanie zbytnio emocjonalnej osoby, wtulonej bez przerwy w twoją pierś. Jednocześnie zastanawiasz się jak bogate w doświadczenia było życie tej, próbującej odpokutować swoje błędy dziewczyny, przez którą czeka cię teraz długa i męcząca podróż.
*****
Komentarze
Prześlij komentarz