Sprawa Żaka - Fragment XIX
– Zimno…
– westchnąłem, spoglądając przez oszronione okno, na krótkie,
blond loki, ganiające przez śnieg za niewielką, czarną kulką
sierści, która trzymała w pysku wełnianą czapkę.
Doświadczywszy
ciszy, spowodowanej wyłączeniem się ekspresu do kawy, obróciłem
głowę, by dostrzec jak ostatnie krople czarnego płynu, wpadają w
biel stworzonej z mleka pianki. Wtem złapałem kubek i nim zdążyłem
wziąć mały łyk, pozwalając ciepłu, zalać moje gardło i
przełyk, poczułem, iż coś jest nie tak. Nie zdążyłem jednak
zacząć dociekać, co takiego, gdyż gromki śmiech i odgłos
szczekania, natychmiastowo przysunęły mi coś na myśl. Otworzyłem
więc okno, aby oświadczyć to bawiącej się z psem istocie, lecz
podmuch lodowatego powietrza, zmusił mnie do zamknięcia oczu.
– Zimno...
– słowa wypłynęły z mych ust w postaci białego obłoku.
Zimno.
Jedna myśl przebiegła mi przez głowę, gdy świadomość wypływała
na powierzchnię oceanu nicości. Zimno. Powtórzyła się ponownie,
gdy umysł uświadomił sobie zdrętwienie ciała. Sfrustrowane oczy,
pragnące dostrzec coś poza ciemnością, zawalczyły z szronem,
zlepiającym powieki i otworzyły się na wszelakie promienie
świetlne. W mig zalane zostały ciepłym światłem, ulicznej lampy.
Z ust, wyrwał się kolejny obłok, który tym razem niósł ze sobą
pełen zrezygnowania jęk. Spływające z objętego ciemnym granatem
nieba, szarawe płatki śnieżnego puchu, umykały na boki, gdzie
stawały się bordowe od, ogarniającej wzrok, krwi.
– Zim…
– już miałem wypowiedzieć kolejny raz to słowo, gdy dziwne
przeczucie uderzyło mnie ponownie.
Tym
razem skupiłem się na nim i wszystko co przed chwilą
doświadczałem, oddzieliło się ode mnie. Nagle nie czułem żadnego
zimna. Nic nie zaburzało mej wizji. Mogłem też się poruszać.
Podniosłem się więc i odruchowo otrzepałem z śniegu, którego na
mnie nie było. Wtem dostrzegłem me ciało, zaległe pod zabarwioną
na czerwono pierzyną śniegu. Leżało ono niedaleko drzew, które
stanowiły niewielką część rozległego lasu. Kilkadziesiąt
kroków od niego, w drugim kierunku mogłem dostrzec ulicę, na
której znajdowały się pojazdy policji, pogotowia ratunkowego i
pożarowego. Światła ich reflektorów migały rozświetlając noc
mocniej niż płonący niedaleko ogień. Ten zaś wieńczył swój
żywot na zmiażdżonym samochodzie, przy którym pracowało kilku
strażaków. Wtem ktoś dostrzegł me ciało. Podbiegł do niego i po
chwili zawołał ratowników. Gdy ci je zabierali, ja podążyłem za
nimi. Dotarłszy do karetki zainteresowałem się uszkodzonym
pojazdem. Ruszyłem więc w ku niemu, by dostrzec jak kilka osób
siłuje się z drzwiami. Znalazłszy się na tyle blisko, by dojrzeć
wnętrze samochodu, usłyszałem potworne skrzypienie, świadczące o
sukcesie osobników.
– Zimno…
– wyraz wykradł się z mych ust, gdy oczom ukazało się blade,
kobiece ciało.
Już
to kiedyś widziałem. Dokładnie ten moment. Rozejrzałem się
wkoło. Kostnica, w której się znajdowałem przypominała mi
bardziej prosektorium. Porzuciłem więc emocje, które powinienem
odczuwać i rzeczy, które powinienem robić, a następnie ruszyłem
ku stołu prosektoryjnego, znajdującego się niedaleko. Podążając
w jego stronę zacząłem słyszeć coraz wyraźniejszy płacz
dziecka, który do tej pory zdawał się istnieć gdzieś na granicy
świadomości. W pewnym momencie stał on się tak głośny, iż moja
głowa nie mogła tego wytrzymać. Coś jednak kazało mi przemóc
ten ból i kroczyć dalej. Zebrałem więc w sobie siły i to
uczyniłem. Nim jednak zdążyłem postąpić trzy kroki, poczułem,
iż moje kończyny są spętane. Próbowałem się szarpać, lecz to
nic nie dało. To w połączeniu z wrzaskiem, który z każdym
momentem ranił mnie coraz bardziej, zmusiło mnie do poddania się.
Komentarze
Prześlij komentarz