Upadek: Cichy Płacz

Będąc małym dzieckiem bałem się ciemności. Kto się jej wtedy nie bał? Chociaż… Bardziej niż mrok przerażało mnie to, co się w nim skrywało. To coś nie miało określonej postaci. Nie potrafiłem tego nazwać, zdefiniować. Miałem tylko świadomość, iż istniało i przyciągało mnie do siebie niewidzialną siłą, której nie potrafiłem pokonać. W końcu jednak dorosłem. Zniknął mój lęk przed brakiem światła. Znikło przerażające istnienie w nim mieszkające. Tak przynajmniej mi się wydawało. Nie potrzeba było wiele, abym się przekonał, iż nic po prostu się nie rozpłynęło w nicość, a zamieszkało w mym wnętrzu. Nie wiem kiedy pozwoliłem strachu spętać swe serce...
     Pożerając serca nieszczęśliwców, których dorwał czarny śnieg, począłem tracić wzrok i ostatecznie wszystko spowiła nieprzenikniona ciemność. Na szczęście, czy też nie, inny z mych zmysłów obudził się na miejsce utraconego. Nie miałem dotąd pojęcia ile dźwięków istniało w rzeczywistości, na którą byłem skazany. Ciągłe szmery, ciche piski, zgrzytania, syczenia, trzaskania. Było tego tak wiele, iż mogło doprowadzić do szału, jeśli próbowało się słuchać wszystkiego naraz. Dlaczego więc nie zatraciłem kompletnie swego rozsądku? Wiedziałem czego mam nasłuchiwać. Liczyły się tylko słodkie i soczyste bicia serc. Oczywiście należało również zwracać uwagę odgłos kostura uderzającego o podłoże i skrzypienia starej lampy. Gdy się pojawiały lepiej było znikać.
     Niestety od dłuższego czasu nie mogłem dosłyszeć kurczących się mięśni sercowych. Dręczył mnie przez to nieopisany głód. Włóczyłem się więc błagając o słodycz, która zaspokoiłaby me pragnienie. W końcu pośród hałasu ogarniającego przestrzeń, dosłyszałem czego pragnąłem. Ten dźwięk momentalnie obudził we mnie bestię i pomknąłem ku jego źródłu. Zbliżając się do niego zacząłem słyszeć lamenty, krzyki i słowa, które otrzeźwiły mnie niczym lodowata woda. Uświadamiając sobie, iż muszę poczekać na to, aż moje ofiary staną się puste, albo spadnie śnieg, znalazłem sobie jakąś norę, w której mogłem się zaszyć. Zahipnotyzowany słodkim biciem serc, walczyłem ze sobą, by nie wstać i nie wyrwać ich z piersi nieszczęśników, do których należały. Wciąż miałem ku temu siły. Widocznie nie całe człowieczeństwo jeszcze utraciłem.
     Nie wiem ile czekałem, ale wreszcie zaczął padać czarny śnieg. Wiedziałem o tym, gdyż miał on bardzo charakterystyczny dźwięk, którego nie potrafiłem opisać. Z niecierpliwością doczekałem końca tego zjawiska atmosferycznego i wypełzłem ze swego schronienia. Nie docierały już do mnie żadne dźwięki bijących serc. Wywnioskowałem więc, iż wszystkie dorwał śnieg. Dobyłem więc szklanego fragmentu witraża, który trzymałem za pasem i odnalazłszy zastygłe postacie, zacząłem rozcinać ich klatki piersiowe. Zauważyłem, iż trzymany w dłoni przedmiot wywoływał u mnie dziwne uczucie, które było jakby bólem wymieszanym z poczuciem winy i niechęcią. Nie czułem go jednak wyraźnie, więc się nim nie przejmowałem. Poza tym wreszcie mogłem zaspokoić swój głód i tylko to się liczyło. Rozpocząłem więc swą ucztę i rozkoszowałem się nią, póki nie usłyszałem uderzeń kostura, zmieszanych ze skrzypieniem starej lampy. Wiedziałem, iż powinienem uciekać. Począłem więc walczyć z pragnieniem pozostania i pożarcia wszystkich serc. Był to trudny pojedynek, aczkolwiek udało mi się go zwyciężyć. Upewniłem się więc, iż mam swoje narzędzie zbrodni i odszedłem.
     Nie mam pojęcia kiedy moja egzystencja ograniczyła się do znajdywania ofiar, czekania aż pochłonie ich czarny śnieg, pożerania ich serc i uciekania. Musiało to jednak wydarzyć się dawno temu, gdyż zatraciłem się już kompletnie. Moje człowieczeństwo gdzieś umknęło, pozostawiając mnie w postaci bezmyślnego potwora. Przekonałem się o tym napotkawszy na swojej drodze samotnika, któremu prawdopodobnie udało się umknąć podłemu losowi. Zbyt wygłodniały by myśleć, rzuciłem się na niego, aby rozpłatać go fragmentem witrażu i pożreć jego serce. Nie byłem w stanie się powstrzymać. Tym, co uratowało tego biedaka był czarny śnieg, który począł sypać z niebios. Usłyszawszy go, porzuciłem swą ofiarę i umknąłem szukając schronienia. Czekając, aż przeminie powoli docierało do mnie, co chciałem zrobić. Nim jednak zdołałem to sobie w pełni uświadomić, pogoda się zmieniła i mój głód przypomniał o sobie. Wsłuchany w jego zew, odnalazłem nieszczęśnika, który stał się jedynie posągiem i pożywiłem się jego nieruchomym sercem.
     Od tamtej pory coraz bardziej przestawałem istnieć. Moje jestestwo powoli ustępowało miejsca bezmyślnemu stworzeniu kierowanego jedynie swym głodem. Los mój był przesądzony i ostatecznie miałem skończyć gorzej, niż gdybym po prostu pozwolił pochłonąć się pustce, która kusiła mnie w kościele. Pozostawało mi więc się tylko poddać. Gdy jednak miałem to zrobić, odezwał się pewien dźwięk, który przeszył me serce na wskroś. Z okrutnego hałasu otoczenia wyłonił się płacz. Nie był to jednak lament jaki zwykłem słyszeć od nieszczęśników, którzy dopiero tu trafili. Zamiast tego rozbrzmiewało cichutkie łkanie, które niegdyś tak bardzo pragnąłem usłyszeć. Ogarnięty uczuciem podobnym do nostalgii, obróciłem się w stronę, z którego dochodziło i zacząłem ku niej iść.


                                                                             *****

Upadek: Pożeracz Serc                                     Spis treści                                  Upadek: Spotkanie

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI