Upadek: Niezatarty Ślad

Nigdy nie należałem do naiwnych osób. Nie znaczy to jednak, iż taki nie byłem. Każdego dnia spychałem w najdalsze zakątki umysłu wszystkie realistyczne, czy też jak kto woli ponure myśli. Wszystko to, aby się nie poddać. Nie zatopić się w odmętach zrezygnowania. Żyć z nadzieją i uśmiechem na obliczu. Czy była to ironia losu, iż w nawet w dziwnej rzeczywistości, w której się znalazłem, zmuszony byłem utrzymywać tę fasadę?
     W zasadzie mógłbym zrezygnować. Uświadomić sobie, iż nadzieja już od dawna była dla mnie martwa, a radość zagubiła się gdzieś podczas okresu dorastania. Mógłbym. Niestety coś mi na to nie pozwalało. Parłem przez niewdzięczny, szary świat wmawiając sobie, iż jeszcze jest szansa na uratowanie istnienia, które porzuciłem. Owoce trzymane w szponiastych dłoniach dzwoniły z każdym ruchem, doprowadzając do szału mój otępiały umysł. Ignorowałem to jednak i nie poddawałem się. Powinienem był się zatrzymać. Porzucić przeklętą chęć pomocy i odejść w swoją stronę. Powinienem…
     Dotarłszy do drzwi kościoła, który wydawał mi się dziwnie znajomy, przystanąłem. Zawahałem się, czując jakąś siłę odpychającą mnie od tego przybytku. Szybko jednak odparłem wątpliwości i wparowałem do wnętrza. Scena, którą dostrzegłem przez zamglony wzrok, spetryfikowała me ciało i rzuciła na kolana. Wypuszczone z dłoni owoce zadzwoniły, upadając na podłogę.
     To moje dzieło? Głupie zapytanie przebiegło przez me myśli.
     Całe pomieszczenie skąpane było w zaschniętych plamach czarnej mazi, wśród których, niczym posągi, stały postacie z porozdzieranymi klatkami piersiowymi. Mimo, iż żadna z nich nic dla mnie nie znaczyła, odczuwałem przerażenie, odrazę i nienawiść do samego siebie.
     Jak mogłem…? Kolejna myśl przesmyknęła się przez mój umysł. Nie mogłem pogodzić się z faktem, iż dokonałem takiego okropieństwa. Do tego zaczynały zalewać mnie wspomnienia pozostałych mych ofiar. Mój Boże…
     Wśród fałszywej nieświadomości, w której dotąd trwałem, dostrzegłem w końcu prawdę. Stałem się potworem. Bezlitosnym pożeraczem serc. Nie mogłem… Nie potrafiłem egzystować z tą świadomością. Musiałem ze sobą skończyć. Wydrzeć sobie z piersi serce i zmiażdżyć je dłoniami grzesznika, jakim byłem. Niestety istniał jeden problem. Nie mogłem tego uczynić. Nieważne jak bardzo próbowałem, trwałem w bezruchu, tonąc mentalnie w otchłani zrezygnowania.
     Nagle otrzeźwiałem. Ma głowa opustoszała, a ciało poczęło się podnosić. Istniało coś, co musiałem uczynić przed zakończeniem swej egzystencji. Pozbierałem więc zaległe na podłodze owoce i wsłuchując się w ich delikatne dzwonienie przy każdym kroku, opuściłem kościół, skrywający świadectwo mego zepsucia.

                                                                             *****

Upadek: Oślepiający Blask                                Spis treści                             Upadek: Poszukiwanie

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI