Upadek: Nadzieja

Czarny śnieg przestał spadać z zarzuconego chmurami w kolorze stali nieba. Jak zawsze pozostawił po sobie cieniutki dywan, w którym każda istota pozostawiała swój ślad. Nikt jednak nie zwracał uwagi na ten delikatny, nieszkodliwy puch. Zdziwiło mnie więc, iż tym razem poświęciłem mu kilka myśli.
     Dziwne. Rozległo się w mej głowie. W końcu jak inaczej można by określić fakt, iż coś co przed chwilą było śmiertelne, nagle stawało się tak błahe, delikatne. Aż chciałoby się, aby była to jakaś metafora, której uświadomienie sobie, pozwalałoby się uwolnić. Tylko od czego?
     Monotonia świata skutecznie stłumiła me emocje. Opuścił mnie cały dramatyzm poprzednich chwil. Opustoszałem. Jedyne co mi pozostało to cel, który z każdym krokiem coraz bardziej się zacierał. Na jego miejsce pojawiał się głód, który kusił z wyjątkową łagodnością.
     Szczęście chciało, iż nadarzyła się okazja, aby go zaspokoić. Ujrzałem bowiem przed sobą zarysy zastygłych, niczym posągi postaci. Wystarczyło tylko dobyć fragmentu szyby, który ze sobą nosiłem i otworzyć sobie nim klatki piersiowe, zawierające słodkie serca. Och jakże pragnąłem to zrobić! Niestety niespodziewany ruch zabił całą przyjemność z myśli o zbliżającym się posiłku. Ktoś tam był. Ktoś nie padł ofiarą czarnego śniegu.
     Miałem więc zrezygnować, poczekać aż ów istota gdzieś spierzchnie. Głód jednak podrzucił mi sugestię nie do odrzucenia.
     Zjedz! ­Zakrzyknął, na co poczułem spływającą z kącików mych ust ślinę.
     Posłuchawszy go, złapałem w dłonie ostrze i przyśpieszyłem kroku. Znalazłszy się przy pierwszej z zamienionych w posąg osób, zamachnąłem się i płynnym ruchem rozwarłem jej klatkę. Następnie dogrzebałem się do zalanego czarną mazią serca i wyrwawszy je, rozpocząłem swą ucztę. Przy tym dosłyszałem cichy pisk, świadczący o tym, iż zostałem dostrzeżony. Nie przejmowałem się tym. Słodycz zalewająca moje gardło była zbyt błoga.
     Zbliżywszy się do kolejnej ofiary, począłem słyszeć miarowe uderzenia kostura. Mój wzrok począł również zalewać blask żółto-pomarańczowego światła. Dobrze wiedziałem cóż to oznacza. Zbliżał się ten pokraczny potwór, pożerający serca ofiar czarnego śniegu. Moją reakcją powinien być strach i wycofanie się w bezpieczne miejsce. Nie jadłem jednak od tak długiego czasu, iż przyjemność z zaspokajania swojego pragnienia, nie pozwalała mi przerwać uczty. Poza tym miałem jeszcze czas. Świadczył o tym odgłos oddalających się ode mnie, lekkich kroków. Byłem pewien, iż pechowiec, któremu udało się przetrwać, zmierzał teraz w hipnotycznym transie, ku źródłu światła.
     W tym wszystkim było jednak coś dziwnego, co męczyło mój umysł. Pierwsze podejrzenie padło na wydające z siebie dzwoniący dźwięk owoce, lecz gdy począłem się skupiać na sednie sprawy, oddaliłem je. Wśród całego błogostanu rozbrzmiewało bicie serca, które wydawało się zbyt charakterystyczne, zbyt znajome. Zmusiłem się więc do przerwania uczty i spojrzałem ku idącej na zgubienie osobie.
     Ujrzałem coś, co było ponad me wyobrażenia. W świetle zawieszonej na kosturze lampy stała półprzeźroczysta, kobieca postać o białym, nieskazitelnym sercu. Momentalnie jego bicie ogarnęło cały mój świat. To była ona.
     Oczarowany, upuściłem wpół pożarty organ za ziemię. Nie wiedziałem co się ze mną dzieje. Przepełniały mnie dziwne uczucia, których nie potrafiłem opisać. Szybko jednak otrząsnąłem się z nich, gdyż me oczy dostrzegły wznoszące się ku górze ostrze, które miało zaraz rozpłatać zahipnotyzowaną istotę.
     Nie pozwalając się narodzić ani jednej myśli, rzuciłem się w bieg. Wszystko działo się tak szybko, iż nie zdołałem spostrzec kiedy powaliłem nieznajomą. Pośród otępienia upewniłem się, iż kobiecie nic się stało. Brakło mi jednak trzeźwości, aby określić swój stan. Dopiero czarna maź, która pociekła z rany w mej klatce piersiowej, uświadomiła mnie, iż właśnie wysunięto ze mnie ostrze, które zdołałem na siebie przyjąć. Nim zdążyłem zareagować, potężne uderzenie odrzuciło mnie w bok.
     Przetoczywszy się kawałek i zatrzymawszy na jednym z ludzkich posągów, zechciałem się podnieść. Niestety okazało się to nie lada wyczynem. Nie wiedząc czemu większość sił nagle mnie opuściła. Do tego lepki płyn wylewał się ze mnie w zastraszającym tempie. Nie mogłem się jednakowoż poddać. Nie teraz. Nie kiedy ją znalazłem. Wykorzystałem więc wszystkie swe siły mentalne i zmusiłem ciało do ruchu. Następnie dobyłem fragment witrażu, który przy sobie miałem i chwiejnym biegiem dopadłem do zakapturzonej istoty, która właśnie schylała się nad swą ofiarą. Niezgrabnie wbiłem w jej grzbiet kawałek szkła i pozwoliłem ciężarowi własnego ciała, otworzyć w nim długą ranę. Ta okazała się na tyle poważana, iż potwór upadł. Nim zdążył się podnieść, podczołgałem się do niego i spróbowałem wyłamywać jego żebra. Nie było łatwo, lecz ostatecznie udało mi się to z dwoma. Następnie począłem grzebać w obślizgłym wnętrzu i wreszcie odnalazłem bijące serce. Złapawszy je w swe szpony, pociągnąłem z całej siły i wydarłem z otwartej klatki. Czując, iż tracę świadomość, wgryzłem się w nie i nawet nie wiem kiedy, pożarłem w całości. Uczyniwszy to, zostałem zrzucony na ziemię przez mego przeciwnika, któremu udało się podnieść. Nic tym jednak nie wskórał, gdyż nie tylko wróciłem do pełni sił, ale nawet poczułem, iż jestem potężniejszy niż wcześniej. Zerwałem się więc i ponownie rzuciłem do ataku. Bezproblemowo obaliłem swą ofiarę i wyłamawszy więcej żeber, począłem szukać kolejnych serc. Coś bowiem podpowiadało mi, iż jest ich więcej. Ostatecznie znalazłem jedno, po wyrwaniu którego przeciwnik przestał się ruszać. Upojony zwycięstwem, począłem pożerać trzymany w dłoniach organ. Przy tym odnosiłem wrażenie jakbym stawał się coraz większy.
     Całą tą karuzelę błogości przerwał nagłe dzwonienie. Błyskawicznie obróciłem głowę w stronę z którego dochodziło i zamarłem. Na granicy światła rzucanego przez zaległą na podłożu lampę znajdowała się nieznajoma o białym sercu. Jak ja trwała w bezruchu, wpatrując się we mnie szeroko rozwartymi oczami. Nie wiedziałem do końca, co chciałem zrobić, lecz w końcu przełamałem impas i wyciągnąłem rękę w jej stronę. W odpowiedzi ona podniosła swoją, w której trzymała dzwoniący owoc. Wyglądała, jakby chciała nim we mnie rzucić.
     Głupota. Pomyślałem, wiedząc, iż nic by tym nie osiągnęła i wykonałem kolejny ruch.
W odpowiedzi dziewczyna poderwała się i uciekła. W chwili, gdy przekroczyła granicę rzucanego przez lampę światła, zanurzyła się w nieprzeniknionej dla mych oczu ciemności. Jedyne co informowało mnie o jej oddalaniu się, były odgłosy kroków i dzwonienie owocu, który zabrała ze sobą.
     Dopiero, gdy zostałem sam coś do mnie dotarło. Byłem potworem i to gorszym niż ten, którego serce właśnie pożarłem. Moja zalana czarną mazią, szponiasta dłoń, którą wciąż trzymałem przed sobą, potwierdzała ten fakt. Opuściłem ją więc i uniosłem głowę, by spojrzeć w niebo. Nie dostrzegłem jednak nic, prócz nieprzeniknionej ciemności.
     Nie ma dla mnie nadziei. Świadomość tego przemknęła przez mój umysł, prawie w tym samym momencie, gdy do uszu dotarły odgłosy obruszających się chmur. Zaraz miały posypać się płatki czarnego śniegu. Ja zaś nie miałem najmniejszego zamiaru nigdzie się ruszać.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI