Sprawa Żaka - Fragment XXXV

 Nie wiem, czy była to kwestia tego, iż przeceniałem swe siły, czy może poważnie było coś ze mną nie tak, albowiem zakończywszy pracę w ogrodzie, konałem ze zmęczenia. Siedząc na fotelu i popijając kawę po posiłku, ledwo mogłem powstrzymać się od zaśnięcia, a gorący płyn spływający mym gardłem, bynajmniej mi nie pomagał. Do tego miałem wrażenie, jakbym powoli tracił kontrolę nad swoim ciałem, a wręcz jakby mój duch był z niego wyrywany. Niestety uczucie to było tak mocne, iż po chwili już nie mogłem się bronić i począłem odpływać. Ostatnią rzeczą jaką usłyszałem przed snem było niewyraźne miauknięcie.

 

Stojąc w miejscu niczym zagubione dziecko, czułem zimno płynące od ziemi, przez me stopy i ciepło spływające z nieba, przez mą głowę, spotykające się w mym sercu. Me oczy mimo iż skąpane w ciemności, dostrzegały ostre światło, przebijające się przez chmury. Miałem wrażenie jakbym w tym samym czasie był pociągany z ogromną siłą w górę i w dół. Choć w tym samym momencie miałem pewność, iż pojęcie kierunku nie istnieje w miejscu, w którym się znajdowałem. Odtrącając podświadomie chłód podłoża, przybliżyłem się nieco do nieba. Wtem zacząłem słyszeć śpiew ptaków i szum wody. Zachęcony tymi dźwiękami, zapragnąłem wyciągnąć rękę i udać się do tej wspaniałej krainy. Niestety lodowaty chwyt, który objął mą nogę zaciągnął mnie z powrotem w dół, wypełniając uszy piosenką, której za nic nie mogłem rozpoznać. Próbowałem walczyć, lecz im bardziej wierzgałem, tym głębiej byłem wciągany w lodowatą otchłań. W końcu ostatnie promienie ciepłego światła zniknęły, pozostawiając mnie w kompletnej ciemności. Po chwili me oczy dostosowały się do niej i ujrzałem zarzucone gwiazdami, nocne niebo.
            – Zimno… – westchnięcie wydarło się z mych ust w obłoku pary.
            Odgłosy płonącego radośnie ognia, stanowiące preludium do gry świateł i mieszających się ze sobą dźwięków, które mimo swej wyraźności, nie był dla mnie zrozumiałe, uświadomiły mnie, w jakim śnie właśnie wylądowałem. Naraz pojawiła się rozpacz, która błyskawicznie przerodziła się w frustrację. Nie chciałem znów tego przeżywać. Nie teraz, kiedy miałem od wszystkiego odpocząć. Z każdą chwilą stawałem się coraz wścieklejszy, co rujnowało scenariusz snu i zaburzało jego strukturę. W końcu pokonałem okowy, nakazujące memu umysłowi odgrywać swoją rolę w tym teatrzyku wspomnień i wyrwałem się z koszmaru.
           
Serce w mojej klatce, kurczyło się z taką siłą, iż miałem wrażenie, iż zaraz wyskoczy mi z piersi. Oddychałem szybko, czując jak krople potu spływają po mym ciele. Byłem powierzchownie pobudzony i  senny w głębi. Musiałem się uspokoić. W tym jednak nie pozwalał mi bardzo szybki oddech. Pierwszym więc co uczyniłem, było spowolnienie go. Osiągnąwszy sukces w tak prozaicznej rzeczy, uspokoiłem całe swoje ciało. Zadowolony z tego, przeciągnąłem się, by zawalczyć odrętwieniem. Wtem też zauważyłem coś dziwnego. Miałem wrażenie, iż moje mięśnie nie reagują z tak samo jak wcześniej na polecenia. Chciałem to sprawdzić, zaciskając i rozluźniając dłoń, aczkolwiek różnica była na tyle mała, iż nie mogłem tego wyraźnie dostrzec. Odpuściłem więc sobie i podniosłem się z fotela. Szybki rzut oka na zegar, uświadomił mnie na temat godziny. Westchnąwszy, udałem się do kuchni, aby zrobić sobie herbatę i posiłek, który niestety przegapiłem. Nie planowałem już zapadać w sen, więc zacząłem przy okazji przeszukiwać pamięć, by sprawdzić, czy nie było czegoś konkretnego, co chciałem obejrzeć.

*****



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI