Sprawa Żaka - Fragment XXXVII

            – Kiedy sen jest snem? – do mych uszu dotarło zapytanie.
            – Nie wiem – odparłem, myśląc iż jest to zgodne z prawdą. – Gdy upada jego logika?
            – Gdy się z niego wybudzisz – otrzymałem w odpowiedzi.
            – Ciekawe... – westchnąłem, ucinając rozmowę.
            Miałem wrażenie, iż mój rozmówca pragnie powiedzieć coś jeszcze, ale nie ma pojęcia co. W teorii mogłem mu pomóc z jego problemem, aczkolwiek wolałem tego nie robić. To zaś z powodu pytań, które zalały mój umysł. Gdzie jestem? Kim jest ten, z którym rozmawiam? Co się stało wcześniej? Nie chciałem odpowiadać. Chciałem pozostać w stanie, w jakim aktualnie się znajdowałem. Niestety ma świadomość nie była panem tego świata i w mig wszystko co potrzebowałem wiedzieć, przepłynęło przez mą głowę w postaci przepięknego kolarzu.
            – Ach… – wydałem z siebie krótki dźwięk, który wzleciał w powietrze w postaci  pary – Zimno.
            Pierzyna białego śniegu znów przykrywała me ciało, zachęcając do wiecznego snu. Po raz kolejny oczy zalane był czerwienią, tłumiącą blask odległych gwiazd.
            – Zimno… – mruknąłem, choć wiedziałem, iż me słowa był całkowitym kłamstwem.
            W tym momencie odczułem w mej piersi uczucie, które pchnęło mnie, do zbuntowania się porządkowi więzienia, w którym się znajdowałem. W tym celu obróciłem się na bok i skuliłem. Przez moment łudziłem się, iż po prostu zasnę i takim sposobem zakończę swój sen. Moje plany zostały jednak szybko rozwiane przez niespodziewane miauknięcie. Spróbowałem zlokalizować jego źródło, aczkolwiek nie znajdowało się ono przed mymi oczyma. Miast tego drapało moje plecy ostrymi pazurami. Zebrałem więc w sobie siły i począłem się ospale obracać. Robiłem to z nadzwyczajną trudnością, ale było to coś, czego się spodziewałem. Wydarzeniem, którego nigdy bym nie przewidywał okazało się coś innego. Otóż, gdy już udało mi się zmienić pozycję, nie ujrzałem tego co się spodziewałem, a zasłyszałem coś co zmroziło mi krew w żyłach.
            – Nie idź. – Odezwał się przy moim uchu głos, którego dźwięk zatrzymał me serce.
            Bałem się poruszyć, spojrzeć w kierunku, z którego dochodził. Tym bardziej, iż znienacka znalazłem się we własnym łóżku. Serce waliło mi jak oszalałe, a oddech przyśpieszał z każdą sekundą. Musiałem się obudzić. Nie mogłem jednak nic uczynić. Byłem zastygły jak skała i skazany na przeżywanie scenariusza napisanego przez mój umysł. Wnet zacząłem odczuwać zbliżającą się ku mnie rękę. Z jednej strony chciałem poczuć jej dotyk, a z drugiej była to najbardziej przerażająca wizja we wszechświecie. Skupiłem więc wszystkie swoje wysiłki na wykonaniu ruchu, aby w ostatnim momencie osiągnąć swój cel.
            Upadek mego zdrętwiałego ciała na zimne płytki nie bolał tak bardzo jak się spodziewałem. W przeciwieństwie do faktu, iż me ciało nie chciało mnie słuchać, wydawało mi się to być dobrym znakiem. Potrzebowałem dłuższej chwili, aby odzyskać kontrolę. Uczyniwszy to, podniosłem się powoli do pozycji stojącej. Chwilowe uczucie kręćka w głowie zmusiło mnie do oparcia się o ławę i przeczekania, aż nie minie. W końcu, będąc w pełni sprawny, przetarłem oblicze dłonią i rozejrzałem się wkoło. Wciąż znajdowałem się na tarasie. Z tą jednak różnicą, iż zamiast dnia panowała noc.
            – Dziwne… – mruknąłem bynajmniej nie w odniesieniu do pory.
            Konsternował mnie fakt, iż moje serce nie biło tak mocno powinno i oddech był jakiś taki w miarę spokojny. Wytłumaczywszy to sobie chwilą zdrętwienia, podczas, której wszystko musiało się wyrównać, zabrałem pusty kubek i wkroczyłem do domu. Trochę nie wiedziałem co ze sobą począć o tej godzinie, ale stwierdziłem, iż zajmę się tym problemem po tym, jak zaspokoję swój głód i pragnienie.

*****


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI