Sprawa Żaka - Fragment XXXVIII
Taniec
szybujących w czerwieni płatków śniegu hipnotyzował mój umysł, utrzymując go w
niebycie. Nic nie zdawało się mieć chęci mu w tym przeszkodzić. Wszystko jednak
do czasu.
– Zimno…
Skrzypiące odgłosy kroków
zaczęły sprowadzać mego ducha do zdrętwiałego ciała. Mimo mych usilnych prób
zawalczenia z nimi, nie mogłem się im przeciwstawić. Zamknąłem więc oczy,
czując jak po raz kolejny zostaję zamknięty w dogorywającym truchle. Wszystko
było ciężkie i lekkie za razem. Unosiłem się w powietrzu, mimo iż nigdy nie
oderwałem się od ziemi. Po chwili wpłynąłem w rzeczywistość pełną dźwięków i
świateł.
– Zimno…
Jak inaczej mogłoby mi być?
Ciepło nie istniało. Nie w świecie, w którym byłem sam. Mimo to ktoś próbował mnie ogrzać. Nie
wiedziałem, czy była to herbata przepływająca przez me gardło, czy koc, który
obtulał mnie z zewnątrz. Po prawdzie świadomość tego gdzie się znajduję, gdzieś
mi się zapodziała.
– Zimno… – westchnąłem, rozglądając
się wkoło.
Byłem już kiedyś w tym domu.
Ściany, okna i meble. Wszystko wyglądało jakbym był u siebie, a jednak coś temu
przeczyło.
– Skąd się tu wziąłem? –
zapytałem samego siebie, podnosząc się z kanapy i odkładając kubek z gorącym
naparem na stolik.
Skonsternowany zacząłem
kroczyć w stronę drzwi. Coś było nie tak. To nie był mój sen.
– Muszę wyjść – stwierdziłem,
łapiąc za klamkę i otwierając przejście.
Blask białego światła, który
zalał me oczy, zmusił mnie do przesłonięcia ich dłonią.
– Och! Przepraszam – odezwał
się męski głos, usuwając źródło blasku.
– Nie szkodzi – odparłem,
czekając aż rozbłyski przeminą i w końcu będę mógł przejrzeć.
– To nowa lampa – usłyszałem
wyjaśnienie, dojrzawszy starszego jegomościa w kitlu.
– Nie szkodzi – powtórzyłem
raz jeszcze.
Następnie spuściłem wzrok na
ciało leżące przede mną i wstrzymałem oddech. Blada skóra i wypłowiałe włosy
śpiącej wiecznym snem kobiety sprawiły, iż coś ścisnęło me wnętrzności.
– Wymagana była dość duża
rekonstrukcja, ale starałem się oddać wszystkie cechy jak najdokładniej –
oświadczył rozmówca.
– Dziękuję. – tylko tyle
mogłem z siebie wydusić, nim dodałem – Przepraszam na moment.
Po tych słowach zacząłem
wychodzić na korytarz. W trakcie tego rzuciło mi się w oczy białe kocisko
siedzące na jednym ze stołów prosektoryjnych. Wpatrywało się ono we mnie,
machając wesoło ogonem. Miałem wrażenie, iż skądś je kojarzę, ale nim zdążyłem się nad tym zastanowić,
opuściłem pomieszczenie. Uczyniwszy to, oparłem się o ścianę i postarałem
wezbrać nieco powietrza do płuc. Nie mogłem jednak nic wskórać i z każdą chwilą
dusiłem się coraz bardziej. W końcu złapałem się za szyję i upadłem na kolana.
Łzy ciekły mi po policzkach, które bladły, by zaraz zacząć sinieć. Nie mogłem.
Chciałem się poddać. To więc zrobiłem i w mig padłem bezdechu, czy przytomności
na zimne płytki.
Komentarze
Prześlij komentarz