Milcząca noc
Gwiazdy rozsiane po nieboskłonie były
jaśniejsze niż kiedykolwiek. Ich blask przedzierał się przez nieskończoną
pustkę, rozświetlając spokojną noc. Na wzgórzu ponad miastem, znajdowało się
dwóch mężczyzn. Czekali tam w milczeniu na nieznane, wpatrując się w niemą
metropolię skąpaną w świetle księżyca. Jeden z nich leżąc i wyciągając rękę,
jakby starał się pochwycić odległy kształt, zapytał:
- Widzisz
to?
- Yhym…
- Nie chcę stąd odchodzić… - zasłonił dłonią oczy, po czym zerwał się gwałtownie do siadu – Też tak czasami masz, że słyszysz coś na granicy świadomości, a gdy się na tym skupisz to powoli zanika?
- Nie chcę stąd odchodzić… - zasłonił dłonią oczy, po czym zerwał się gwałtownie do siadu – Też tak czasami masz, że słyszysz coś na granicy świadomości, a gdy się na tym skupisz to powoli zanika?
-Tak… -
westchnął siedzący po prawej jegomość, po czym ziewnął przeciągle.
Zapadła martwa cisza. Stagnację czuć było
w powietrzu. Młodszy z dwójki wzdychał co chwilę, rwąc i wyrzucając trawę.
Niespodziewanie jego od dłuższej chwili zastygły w jednej pozie towarzysz, rozciągnął
trochę plecy stękając.
- Cisza po
burzy? – zapytał, gdy skończył.
- Raczej
przed. Tej nocy spadnie na nas śmiercionośny grad i zaleje życiodajna ciecz.
Starszy mężczyzna tylko zaśmiał się na te
słowa krótko i smutnie. Znów zapadła głucha cisza. Zadziwiające jak może
zamilknąć przerażone miasto pozbawione ludzi.
- Chowasz
swą duszę przed światem, bo pożarł cię on. Jesteś pusta. Bez nas nic nie
znaczysz. Bez nas jesteś prochem. A on zasiał w tobie plugawe ziarno. –
przerwał ciszę młodzieniec – Powiedz. Czym my się stajemy? Co my czynimy?
- My się nie
stajemy. My jesteśmy. A wszystko już uczyniliśmy. Dla nas nie ma odwrotu.
- Odwrotu… -
mężczyzna wybuchnął śmiechem i położył się na ziemi.
Śmiał się tak jeszcze chwilę, aż
stało się to sztuczne i niezręczne. Wtedy zamilkł z westchnieniem.
- Mam
kolejny wiersz. Chcesz posłuchać? – dodał po chwili.
- Czemu ty
to robisz? – zapytał z tamten z troską w głosie.
- Co?
- Odkrywasz
się. Pokazujesz, że jesteś słaby, uczuciowy. Łatwo można cię zranić.
- Chodzi Ci
o wiersze?
- Tak.
Powiedz mi o czym był ostatni.
- Ech… nie
wiem. Mam wiele twarzy… Nie. To był inny. Kocham cię, ale miłości miedzy nami
nie ma. Coś takiego. O miłości.
- Właśnie.
Najpierw kogoś poznaj i jemu pokazuj swe wnętrze, a nie publikujesz to na
forach społecznościowych. Ludzie cię skrzywdzą, zniszczą. Psychicznie wykończą.
- Otwórz się
na ludzi. Skrzywdzą cię i zniszczą. Lepsze jednak to, niż to czym teraz jesteś.
Nie wiem. Może nie mam z kim rozmawiać? Chcę zobaczyć reakcję? Coś sprawdzić?
Sam nie wiem. Pewnie mi czegoś brakuje, nie? A może jestem słaby i uczuciowy.
Może łatwo jest mnie skrzywdzić. Może… To chcesz ten wierszyk?
- Innym razem.
Nie gniewaj się. Po prostu jestem zmęczony.
- Jasne. Nie
ma sprawy. – zamilkł na chwilę, jednak szybko dodał – A jak tam u dzieci?
- Wyjechały
na wieś do babki. Tęsknię trochę za nimi. Ostatnio nie spędzałem z nimi dużo
czasu.
- Jak to
wszystko się skończy… Zjemy razem śniadanie? Tak rodzinnie.
- Ech… ale
tym razem ja gotuję.
-
Zaprzeczasz umiejętnościom kulinarnym swej córki? – zażartował przyjaźnie.
- Nie.
Twoim. – odpowiedział mu z całkowitą powagą i zimnem tysiącletniego lodowca.
- Auć. Nadal
masz to coś. – zaśmiał się lekko.
Cisza zapadła ponownie. Uśmiech szybko
spełzł z twarzy mężczyzn. Zastąpiła go obojętność, zza której przebijało się
znudzenie i lekki strach.
- Co tam u
tej twojej… Jak jej tam było? Ma… Zawsze zapominam. No… tej barmance. Wiesz. - rzucił po niedługim czasie starszy z dwójki.
-
Barmance? Ma… A nie le…, albo ka… Nie,
czekaj. – podrapał się po głowie szukając w pamięci – Nie… Nie. Nie. Czemu? Musiałeś?
Już prawie o niej zapomniałem… - jęczał tarzając się po ziemi.
Jego towarzysz nic nie mówił. Czekał
tylko, aż młodzian się uspokoi.
- Nie… Wiesz
co? Od tamtej kuli wciąż mam migrenę. Odłamki chyba też gdzieś mi tam tkwią
jeszcze. A to!? – krzyknął podnosząc koszulkę i ukazując długą bliznę biegnącą
od lewej pachy, wzdłuż żeber, aż do mostka – To cholerstwo jeszcze się nie
zagoiło. Do tego wciąż boli jak cholera. Nie ważne ile połknę tych głupich
pigułek, to nie chce przestać.
- No to
dziewczyna mocno zraniła twój umysł i serce.
– rzucił, po czym wybuchnął gromkim śmiechem.
- Ta… -
westchnął widocznie zdenerwowany.
- Ej no! Nie
jest tak źle. Spójrz na to. – powiedział i również uniósł koszulkę, ukazując
jednak pokaźnych rozmiarów brzuch – Twoje rany się kiedyś zagoją, a ten bebech
zostanie chyba ze mną do końca marnego życia.
- Źle się
odżywiasz. Byle jak. Często nie dojadasz. Jesteś w ciągłym stresie. Z jednej
strony praca, a z drugiej żona i dzieci. Nie śpisz po nocach. Wódkę pijesz, bo
zawód taki. A ta cotygodniowa siłownia tylko cię dobija. Zamęczasz się tam i
tyle. Badałeś się w ogóle ostatnio? Może masz coś z tarczycą. Jak tam twoja
wątroba?
- Myślisz? –
zapytał zasmucony spoglądając w dal.
- Tak.
Zupełnie poważnie. – odrzekł i na powrót zapadła cisza.
W dali migotało rozświetlone milczące
miasto. Ponieważ znajdowało się w dolinie, na co dzień, było bardzo wietrzne,
lecz tej nocy nie wiał żaden wiatr. Świat wydawał się dziwny. Piękny,
tajemniczy i przerażający za razem. O tej porze tylko najstraszliwsze zło nie
spało i czekało, jak dwaj mężczyźni na wzgórzu, na znak. Wtedy wszystko się
zacznie. Wszystko upadnie. A z popiołów odrodzi się coś okropnego.
- Robiłem
badania. – padło nagle z ust leżącego młodzieńca.
- I jak?
- Wyszło, że
jestem nie do zdarcia.
- Czyli?
- Czyli
wszystko dobrze. Jak u zdrowego człowieka.
- I nic nie
wiadomo.
- Nic, a
nic.
- I co
teraz?
- Nie wiem.
Badania genetyczne? Najpierw jednak moim przypadkiem zajmą się jacyś
profesorowie. Lekarka ma wtyki. – uśmiechnął się lekko.
- No tak.
Przykre.
- Co
zrobisz? – westchnął i podniósł się do siadu.
- Jak nic
nie zrobisz. – dokończył za niego drugi.
Po tych słowach, które rozeszły się powoli
po pustej przestrzeni, znów zapadła monotonna cisza. Dwaj jegomoście zaś
obserwowali odległą metropolię. Ich myśli nic nie zaprzątało. Napawali się
wątpliwą chwilą oddechu. Przerwą w codziennej gonitwie. Ile by dali by ta
chwila trwała wiecznie? Niespodziewanie jednak, zerwał się porywisty wiatr,
który zaszeleścił liśćmi na drzewach, zaburzając spokój dookoła.
- Idziemy? –
rzucił jeden.
- Chyba już
czas. – odrzekł drugi wstając i przeciągając się ze stęknięciem.
Gdy oboje już stali spoglądając na rozgwieżdżone niebo, westchnęli tylko i ruszyli nieśpiesznie w stronę rozświetlonego i milczącego miasta.
Komentarze
Prześlij komentarz