Rozmowne przedpołudnie

     - Wiesz co? W sumie to tu pięknie jest. Lubię takie widoki. Widać duży obszar i ludzie są tacy malutcy. A patrząc w dół, dostaje się mały zastrzyk adrenaliny. Też tak uważasz?
- Mmmm…
- A no tak… Zapomniałem. To nic. Możesz słuchać. Uszy masz chyba jeszcze sprawne, nie?
- Mmmm…
- Jak się tak wychylisz i rozejrzysz się, podczas stania na krawędzi, to jest taki uczucie. Znasz je? Takie wspaniałe. Tajemnicze. Romantyczne. To pragnienie skoku. Nęcące. Pełznące na skraju świadomości. Zrób to. Emocje. Strach. Po tym już nie będzie nic. Koniec. Skończyć to wszystko raz na zawsze… Widzisz jednak. Nie mogę. Trochę mnie to męczy. Chciałbym odlecieć. W wspaniałe krainy mego umysłu. Tak daleko. Nie myśleć o niczym. Znaleźć chwilę spokoju. Jest jednak taka jedna. Młoda i piękna. Wspaniały umysł. Tylko ją nakierować. Tylko ją złapać w swe ręce i nie puszczać. Posiąść. Zawładnąć. Bezgranicznie. Z nutką buntu. By umiała się postawić, lecz nie umiała odmówić. To inspiruje. Motywuje. Sprawia, że chce się żyć. Doprowadza do szaleństwa. Pogoń za królikiem… Pozwolisz, że się przysiądę.
- Mhm…
- Dziękuję. Czytałem gdzieś coś o męskiej seksualności. Ponoć uwielbiamy tą pogoń. Tą zabawę w kotka i myszkę. Emocje buzują. Ciśnienie wzrasta. Stres. Bawi nas to. Chcemy tego. Ja tak nie mogę. Też mi się to w pewien sposób podoba, ale lekarz by mnie zabił, gdyby się dowiedział. Rozumiesz? Ale wracając do dziewczyny. Poznałem ją na weselu córki staruszka. Jeny… Ten ksiądz. Jak on przynudzał. I to jego kazanie. W końcu na pierwszym miejscu jest Bóg, czy współmałżonek, bo już nie wiem. Wesele jednak było super. Ludzie narzekali, że daleko. Chyba pięćdziesiąt kilometrów. Ale mi to nie przeszkadzało. Przez tą młodą właśnie. Gdy tam przybyłem zamierzałem sobie siedzieć przy stoliku i jeść. Najwyżej zatańczyć sobie z jakąś „ciocią”. No i siedzę sobie tam i rzucam spojrzeniem po sali. Tu zaś moje pierwsze zdziwienie. Dziewczynę usadowili pośród dzieciaków. Co jest? Przecież wygląda na jakieś siedemnaście. A tu nie. Młoda panna. Pewnie przez ten makijaż trudno było mi uwierzyć. No ale co mnie to. I tak do niej nie podejdę. Wygląda na smutną i samotną, ale co zrobię, jak nic nie zrobię. Jestem zbyt nieśmiały. Nie podejdę przecież. Ale zaraz woła mnie matka staruszka i mówi: „Patrz jaka ładna dziewczyna. Taka sama siedzi. Zaproś ją do tańca.”. Ja na to, że może później. Wiesz. Z taką myślą, że nigdy. Nagle jednak wyciąga mnie żona staruszka do tańca. No to idę. Nie odmówię. Tańczymy, tańczymy, a tu nagle staruszek wpada i krzyczy, iż odbijamy. Nie wiem co się dzieje i nagle ląduję w tańcu z tą młodą. Uśmiechnięta od ucha do ucha, no to ja też. Bawimy się. Jest super. Pierwszy taniec za nami. No to drugi, trzeci i tak dalej. W pewnej chwili proponuję jej spacer. No to idziemy. Po chwili chodzenia usiedliśmy sobie na ławce i rozmawiamy. Wtedy się okazuje, że ta dziewczyna ma coś w głowie.  I że się do mnie przylepiła. Tak lekko. Ale fajnie. Sam bym tak nie zrobił, ale nie mam jej tego za złe. I tak sobie czas mija. Wspaniała. Tylko ją brać. I w całkowicie nieskryty sposób pytam o chłopaka. Ona że ma. Nosz cholera by to wzięła i… Czemu? Czy tak zawsze musi być? Zawsze musi mieć chłopaka? Co jest nie tak? Nie ma wolnych dziewczyn na świecie? Ale mówi mi, że planuje z nim zerwać, bo bla, bla, bla. Gadka szmatka. No i super. To sobie ją „podrywam” na miarę swych możliwości. Nie powinienem, ale co poradzę? Zawróciła mi w głowie. No i tak jakoś minął od tego czasu tydzień chyba. My tu sobie siedzimy i rozmawiamy, a ona jest na wyjeździe z tym „chłopakiem”. Patrzymy sobie z góry nie przejmując się niczym i czekamy. Powiedziała, że po wyjeździe zerwie. Tak… Skomplikowane nie?
- Mmmmm…
- No przecież wiem… Wiesz ile osób mi to już powiedziało? Wiem. Ale nie osądzam. Mogę dać jej szansę, tak? Pytanie, czy ona da szansę mi? Czy mnie skrzywdzi? Nie wiem… No dobra. Wiem. Tylko mówię, że nie wiem. Ja tak mam. Boję się. Kobiety są potworne. Nie to co my. Prawda?
- Mhm…
- Wiesz? Napisałem kiedyś jakiś wiersz, o tym że kobieta to przedmiot. Nie uważam tak. Po prostu napisałem taki wiersz. Chciałbyś usłyszeć? Widzę, że tak. No to… Jakby to było. Ach tak. Po tych słowach mężczyzna spojrzał w dal i zaczął recytować.
„Kobieta to przedmiot.
I dziwisz się temu?
Kim jest kobieta?
Czy zrobiła co złego?
Kobieta nie człowiek.
Lecz kochamy kobiety.
Są one wspaniałe.
Jak wieczorny dreszczyk.
Pełne uczucia.
Wielkiej czułości.
Umysł wspaniały.
A ciało? Boskości.
Mimo to wszystko.
Kobieta to przedmiot.
Z szacunkiem i gracją.
Jednak wciąż przedmiot.
Jeszcze tego nie wiesz?
Wkrótce się poznasz.
I stwierdzisz, że prawda.
Kobieta to…”
     - Mmmm…
- Co? Powtórz proszę.
- Mmmmm…
- Słaby pewnie. Daj mi drugą szansę co? Lepszy mam. Sytuacyjny. Nazwałem go „Miasto w chmurach”. To co?
- Mhm…
- Dziękuję. A więc tym razem będzie… Z przypływem energii mężczyzna wziął głęboki wdech i…
„Miasto w chmurach.
Strach na dole.
Płyną krople po mym czole.
Spada na mnie światło twe.
Lecz wewnątrz pożera cień.
Miasto w chmurach.
Gdzie dusza ma umyka.
Tak czas z wolna przemyka.
Stoję sam, patrzę weń.
Miasto w chmurach.
Nad nim przestrzeni nieskończone.
Skrywają zagadki nieodgadnione.
Miasto w chmurach.
Strach na dole.
Pomiędzy nimi stoję.
Widzę światłocień.
Słyszę cichą arię.
Czuję wiele.
Miasto w chmurach.
Umysł mój.
Ja stwórca.
Czekam tyle…”
     - Mhm…
- Naprawdę? Cieszę się. Sprawia mi to przyjemność, gdy komuś podoba się ma twórczość.
- Mmmmm…
- Yhym. Piszę wiersze i opowiadania. Takie moje zajęcie w wolnym czasie. W sumie to bardziej tym zajęciem jest samo wymyślanie wszystkiego. Sam dla siebie bym tego nie pisał. Uważam, że samemu dla siebie nie trzeba nic robić. Nie trzeba żyć. W końcu to ten kto na nas patrzy nadaje nam sens, a nie my sami sobie. Także no. Kiedyś namówiła mnie dziewczyna mojego znajomego z gimnazjum. Założyłem wtedy bloga i inne takie. Zacząłem pisać i wrzucać. Miło mi się robiło, jak widziałem, że ktoś wchodzi na te strony i to czyta. To sprawiało, że chciało mi się pisać. Teraz mam kolegę w radio, który recytuje moje dzieła. Ktoś chyba tego słucha. No i słyszałem od Ojca, że jego siostra po prostu zakochała się w tym co piszę. Uczy się tego na pamięć i rozsławia wśród rówieśników. Nie ma to jak wierni fani nie? Ostatnio jednak jakoś nie mogę znaleźć czasu na pisanie. Pewnie przez tą młodą. Ale są inne powody. Dziś na przykład nie zrobiłem ćwiczeń, ledwo zdążyłem wziąć szybki prysznic, bez mycia włosów. No i herbatki nie wypiłem. Lekarz by się nie ucieszył. Nie zabiłby mnie jednak. Zabiłby mnie za tą tabliczkę czekolady trzy godziny temu. Nie dałem rady wyrobić się na śniadanie u staruszka… Będzie smutny. Ale co tam? Jakoś żyję. Siedzę sobie tu z tobą i rozmawiam. Jest przyjemnie. Wieje lekki wiatr. Widać chmury jak się w dół popatrzy. Chwila jak z bajki. Prawda? Ładnie by to można opisać. Chcesz usłyszeć?
- Mmmmm….
- Wiem, że chcesz. Tak tylko pytam.  Poczekaj. Skupię się. Ponad chmurami. Na skraju wieżowca siedział mężczyzna i mówił do siebie… Ha! No dobra. Żartuję. Siedziało dwoje mężczyzn. Niebezpiecznie balansując na krawędzi dachu toczyli jakże normalną i bezsensowną rozmowę. A nie. Czekaj. Ja stałem. To jeszcze raz. Na skraju wieżowca siedział mężczyzna, niebezpiecznie balansując na krawędzi. Wpatrywał się zmęczonymi i przekrwionymi oczyma, z których powoli spływały słone łzy, w przepiękny obraz miasta skąpanego w mleczno-białym obłoku. Ciągle stojąc u jego podnóży nie dostrzegał nigdy błękitu nad nim. Teraz jednak. Po długim pobycie w miejscu bez światła, znalazł się tu. Na szczycie. Nad problemami. Gdzie nie ma zmartwień, nie ma radości. Jest tylko zachwyt. Nieopisane uczucie zapierające dech w piersiach. Tu. W miejscu zwanym „Miastem w Chmurach”.  Gdyby tylko mógł, z jego ust wydobyłby się bezgłośny jęk, zwiastujący szczęście, jakie niesie ze sobą niespodziewana zmiana. Jednak pozbawiony został tej możliwości. Gdyby mógł, zatańczyłby. Rzucałby rękami. Klaskał. Jednak i to mu odebrano. Jedyne co mu pozostało to zawodny już słuch. Przez szum lekkiego wiatru przedzierały się jego słowa. Mężczyzny, który go tu przywiódł. Teraz był on. Panem. Władcą. Sędzią. Katem. Zbawieniem. Potępieniem. Opowiadał on z największą naturalnością jakieś bzdury. Puste słowa, bez drugiego dna. Zadawał pytania. Odpowiedzi przychodziły z trudem. Dosiadł się. Mówił o trudnej sytuacji. Kobiety. A jakże. Jego słowa płynęły. Chyba rzekł jakiś wiersz, lecz niemy mężczyzna odpłyną na chwilę. Nie sposób było powiedzieć o czym myślał. Jeśli w ogóle to robił. Chciał przeprosić. Nie mógł. Tamten wyrecytował drugi wiersz. Coś o mieście w chmurach. Czy on ma drugie dno? Czy jego słowa nadal są puste? Mówi, że to inni nadają im sens. Lekki wiatr znów smaga ich włosy. Jest taki orzeźwiający. W tej chwili, człowiek zastanawia się jak to się skończy. Siedzą i padają słowa. Patrzą przed siebie. Ile można by jeszcze rzec?
- Mmmm….
- Zepsułem końcówkę. Przepraszam… Jestem śpiący. Nie mam weny. Jestem gdzie indziej czasami. Co ja mogę? Zepsułem. Mogłem powiedzieć tyle. Mogło to być ciekawsze. Zawsze tak jest. Ale nie zawsze możesz to poprawić. Wszyscy mówią ci, że jest świetnie. Tobie jednak nie pasuje. Mogłeś zrobić to lepiej. Poddaję się. Wstaję, a ty trzymaj się. A… Zapomniałem. Przepraszam. Więc zostaje mi tylko cię poklepać ze współczuciem po plecach i odejść…
- Mmmmmm…!
- Żegnaj. Mówiąc te słowa stał już i wpatrywał się samotnie w bezkresne niebo. Robił z siebie boga. Czemu ja tu tylko gram? Spuścił wzrok i ruszył do wejścia do budynku. Tu dłuższa pauza… Znajdując się już na dole i stojąc pośród spanikowanego tłumu, spojrzał jeszcze raz w górę, na miejsce, gdzie siedział. Widok zasłaniały mu jednak chmury. Nie przeszkodziło mu to wspomnieć tej chwili i uśmiechnąć się do siebie. Tego piękna już nie ujrzymy w tym opowiadaniu. Prawda? Zabawa w narratora? Podoba mi się. Muszę to napisać. Ciekawe czy komuś się spodoba…?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI