Oddalone popołudnie


     - W świecie brudnym od zaschniętej krwi, okalającej obraz ulic i budynków, której nawet największą ulewa nie mogła zmyć, nikt niczym się nie przejmował. Życie toczyło się w nienaturalnie naturalnym tempie. Rynek i główna ulica pełne były radosnych ludzi, rozmawiających o codziennych sprawach. Grajkowie na ulicy oddaleni byli od siebie na tyle daleko, aby nie przeszkadzać sobie w występach. Jednocześnie byli na tyle blisko, iż gdy jeden z nich cichł, drugi zaczynał być słyszalny. Rażące promienie, rozpalonego słońca, które ogrzewały niemiłosiernie cały świat, idealnie komponowały się z delikatnym wiatrem niosącym chłodne wybawienie. Pośród całego zgiełku radości i smutków szedł nad wyraz obojętny mężczyzna. Nieświadomy otaczającej go rzeczywistości, zanurzał się w krainie swego umysłu. Trudno by rzec, o czym w tamtej chwili myślał. Gdyby jednak go zapytać, wyrwałby się natychmiast ze swego transu i zacząłby opowiadać swoje wymyślne historie. Nikt jednak nie był zainteresowany samotnym światem zwykłego człowieka. Każdy miał bowiem swój prosty wymiar, w którym się zamykał. Szedł więc tak przed siebie zmierzając nie wiadomo gdzie.
- Piękne. Zawsze uważałam, że masz wielki talent. – rzekła rozradowana dziewczyna, przytulając się do zamyślonego mężczyzny.
- Ta... – westchnął ledwo słyszalnie.
- No co? Nadal się gniewasz za tamto? Rozumiem, że mi nie wybaczysz, ale musimy razem jakoś żyć, jeśli mam pracować dla Ciebie. – odpowiedziała zatrzymując rozmówcę na środku ulicy.

     Mężczyzna złapał ją w boku i ruszył przed siebie lekko zirytowany faktem, iż chwilowo blokował ruch. Po chwili ciszy, podczas której kobieta wpatrywała się w jego profil, odezwał się.
- Nie mam ci czego wybaczać. Nigdy nie miałem ci też niczego za złe. Nie gniewam się. Moim zdaniem jeśli ktoś komuś miałby wybaczać to ty mi. Zawiodłem Cię. Teraz po prostu się zamyśliłem. Przepraszam. – zmęczenie sączyło się z jego głosu jak śmiercionośny jad.- Hej... Ja nie chciałam. Tylko żartowałam. – rzekła zasmucona, przytulając się jeszcze mocniej.
     Spacerując tak przez pewien czas, nagle dziewczyna rozpromieniła się na powrót zapytała.

- To... Gdzie my tak w ogóle idziemy? Bo z Twojej wspaniałej wypowiedzi nie wywnioskowałam celu.- G... – chciał coś powiedzieć, lecz przerwano mu.- Patrz! Lody! Zjemy?! Proszę... Będzie romantyczne. W końcu to nasza pierwsza randka od... –  nie dokończyła. Zamilkła błyskawicznie i na powrót spochmurniała.- W sumie powinienem chyba już coś zjeść. Lody? Jeśli chcesz. Pozwolisz, że ja jednak zjem coś bardziej konkretnego. Nigdy nie wiesz, gdzie czai się twój lekarz. – zażartował z lekkim uśmiechem.
     Dziewczyna widząc jego poprawę humoru, zaczęła się na powrót cieszyć. Szczerząc swe idealne, ostre i bielutkie zęby skierowała ich w odpowiednią stronę.
- Poproszę tego naj, naj. Dwusmakowy tak? – rzekł, gdy znalazł się przy okienku.- Tak! – odpowiedziała radośnie jego towarzyszka. - Proszę. – powiedziała kobieta podając gotowego loda i odbierając zapłatę.- Dziękuję. – zakończył rozmowę mężczyzna podając produkt do dziewczyny.
     Ta zaczęła jeść i iść uradowana. Po chwili padło pytanie.

- Zadowolona?
- Yhym. – odpowiedziała objadając się. Nagle jednak dodała – A ty? Co zjesz?
- Hmm... Pewnie coś dobrego na obiedzie. Mam ochotę na placki ziemniaczane. Ciekawe, czy w tak ekskluzywnej restauracji podają coś takiego...
- Co?
- Zjemy obiad w bardzo szanowanej restauracji.
- Ale... Ja nie jestem ubrana!
- Wyglądasz wspaniale. Najpiękniejsza na świecie. – mówił z największym przekonaniem.

     Dziewczyna zarumieniła się.
- Zdążę zjeść loda?
- W tym tempie myślę, że tak. Poza tym podejdzie po nas limuzyna. Spokojnie. Wiem jaki z Ciebie głodomor. Będziesz mogła zamówić ile tylko zechcesz. – powiedział uśmiechając się w swój charakterystyczny sposób.
- Ooo... Jesteś taki kochany. – odpowiedziała na to najsłodziej jak umiała i pocałowała go w usta.
- A ty w podzięce wzmagasz moje żądze. To miłe.
- Kochasz mnie.
- Nawet nie wiesz jak.

     Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko i wróciła do pałaszowania loda, na którym skupiła już większość swej uwagi.





     - Hej… Ułożysz mi jakiś wiersz? – zapytała spoglądając w szybę, za którą świat pędził tak szybko, że aż się rozmazywał.
- Wiersz? Czy ja wiem? Miasto w chmurach… - odrzekł mężczyzna, leżąc z zamkniętymi oczami na długiej kanapie.
- Nie… Jakiś nowy. Taki, którego jeszcze nie było. – szybko przerwała mu dziewczyna.
- A na jaki temat? – z jego tomu można było wywnioskować, iż przed chwilą prawie zasypiał.
- Nie wiem. Chciałabym coś takiego. Coś, wiesz. Coś co tak dotyka. Coś co… Po prostu to czujesz. – próbowała się określić, odrywając co jakiś czas dłoń od twarzy, aby spróbować za gestykulować.
- Yhym… - mruknął, a następnie bez większego namysłu, czy wysiłku zaczął układać i recytować.

„Coś pięknego?
Wspaniałego?
Może duszy twej granice.
Rozciągnięte ponad lice.
Spójrz na górę.
Patrzysz w dół.
Czy upada coś na stół?
Cóż to jest?
Twe życie kapie.
Czarne. Krwiste.
Myśl obłapie.
Usłysz arię.
Głuchy dzwon.
Czemu ciągle piszesz to?
Gdzie ja jestem?
Pomóż mi.
Tam przed tobą stoją drzwi.
Duże. Mgliste. Malowane.
Otwórz je.
Nieznaną bramę.”

     Dziewczyna uśmiechnęła się tajemniczo i zgramoliła z skurzanego fotela. Następnie położyła się na mężczyźnie i wtuliła w niego. Leżeli tak chwilę nie zważając na nic, gdy nagle drzwi się otworzyły. Do środka zajrzał wysoki ochroniarz, w czarnym garniturze.
- O! Przepraszam… - rzucił speszony, szybko wycofując się z pojazdu.
     Para pasażerów powoli wstała i wysiadła z limuzyny. Przeciągnęli się z westchnieniem, ziewnęli sennie, cmoknęli dwa razy i dopiero wtedy rozejrzeli się dookoła. Stali przed ogromnym trzypiętrowym dworem zwanym „Ostatnia Nadzieja”.
- Dziwna nazwa jak na restaurację nieprawdaż? Ja bym bardziej nazwał to ostatni posiłek, albo ostatnia kolacja. Serio. Za dnia to tu są straszne pustki. – rzekł ziewający mężczyzna.
- Proszę za mną. – powiedział starszy osobnik ubrany w czarne spodnie od garnituru i białą koszulę.
     Dziewczyna złapała swego towarzysza pod rękę i ruszyli razem, po schodach, aż do środka. W kilka chwil znaleźli się w ogromnej sali wypełnionej tłumem eleganckich ludzi i bogatych mebli, sztućców, a także innych przedmiotów codziennego użytku. Wnętrze wyglądało olśniewająco, mieniąc się na wszystkie możliwe kolory. Wielki przepych nie raził jednak oczu, gdyż dobrze uporządkowany i niekiedy ustępujący minimalistyce i prostocie dawał poczucie obcowania z całkiem innym światem.

- Proszę tutaj. – rzekł ktoś z obsługi wskazując jeden z wolnych stolików.
- Nie męczy cię to już? – zapytał mężczyzna, gdy usiedli.
- Czemu mnie o to co pewien czas pytasz? Gdyby mnie męczyło to by mnie tu nie było. Prawda?
- Yhym...
- Coś ty taki ponury? Oświadczyć się chcesz? – zażartowała, lecz po chwili spoważniała i dodała – Naprawdę?
     Niespotykana radość chciała wyrwać się z jej wnętrza i krzyknąć. W oczach zaś tańczyły gorące płomienie nadziei. Mężczyzna przetarł o czy i już miał coś powiedzieć, gdy nagle ktoś pojawił się z lewej strony stolika.
- Witaj przyjacielu w moim skromnym przybytku! – rzekł blondyn w białym garniturze.
- Hej. Co tam? Interes widzę się kręci.
- A i jak! Klientela wymagająca, lecz ma zasobne kieszenie.
-  Jak twoja firma ubezpieczeniowa?
- Nie jest moja. Należy do brata. Poza tym kazali mi się lepiej zabezpieczać. Mówię ci. Te walki mnie zrujnują. Czemu tu? Przecież na polu golfowym też jest ładnie. I dużo miejsca. Łatwiej wszystko posprzątać. No i nie trzeba niczego od nowa budować... – narzekał posiadając się.
- Masz tu bardzo dobry klimat. Co poradzisz? I ta nazwa... „Ostatnia Nadzieja”. Tylko z tym żartowałem. To, że za każdym razem, gdy tu jestem, komuś cos się dzieje, to nie moja wina. No dobra. Ostatnio moja, ale wcześniej to tamci zaczęli.
- Och... nie kracz już. Bo pójdę z torbami.
- A jak dzisiaj? Ktoś umawiał wizytę?
- Nie, ale są tu ci nowi, więc wróżę spięcia.
- Dlatego siedzimy blisko baru?
- Błyskotliwy z Ciebie chłopak. Ale, ale! Któż to jest? Cóż za piękno niespotykane. – zwrócił się do dziewczyny, po czym szepnął to mężczyzny – To ta co cię...?
- Yhym. – mruknął cicho.
- Ach, więc to ty! Przyjaciel dużo o tobie opowiadał. To zaszczyt, iż mogę poznać tak wspaniałą osobę jaką jesteś pani. – powiedział z nienaganną szarmancją.
     Dziewczyna siedziała w ciszy, wpatrując się zimnym wzrokiem w swego towarzysza.
- Co jej zrobiłeś? – znów wyszeptał blondyn.
- Obawiam się, że to trochę twoja wina.
- Ajć... – jęknął, lecz szybko zmienił temat – To co zjecie? Ja stawiam.
- Ja wezmę placki ziemniaczane, a piękna pani...
     W tym momencie kobieta złapała menu, długopis i zaczęła wykreślać pozycje z listy. Gdy skończyła, podała wszystko kelnerowi i z diabelskim uśmiechem obrzuciła blondyna pełnym grozy spojrzeniem.

- Zamawia pani skreślone? – zapytał członek obsługi.
- Pani Zamawia wszystko co nie skreślone. – odpowiedział mu mężczyzna chowając twarz za gazetą, która znalazła się tam nie wiadomo skąd i kiedy.

     Człowiek ubrany na biało zaczął się histerycznie śmiać.
- Ona zje to wszystko? – mówił przez śmiech.
- Obyś się nie zdziwił... – westchnął zza czasopisma.
     Po dłuższym czasie niezręcznej ciszy podano wreszcie pierwsze danie. Dziewczyna jadła ze smakiem. Mężczyzna zaś wyglądał jakby miał zaraz wszystko zwrócić. Był blady i ledwo powstrzymywał drżenie rąk. Starał się jeść małymi kęsami, które i tak ledwo co przechodziły przez jego gardło. Męczył się tak długi czas, słuchając rzewnej dyskusji na temat jakiegoś filmu, która pochłonęła blondyna i jego towarzyszkę. Wreszcie nie wytrzymał. Wstał, przeprosił i udał się do toalety. Tam stanął przed wielkim lustrem, obmył twarz i spojrzał na siebie. Wyszczerzył zęby, otwarł szeroko podkrążone oczy i westchnął.

- Albo jestem zmęczony, chory, albo zazdrosny... Chyba wolałbym to samo trzecie.
     Oparł się o blat i zamknął oczy. Zadziwiała go panująca w pomieszczeniu cisza.
- Jaka tu cisza. Jaki tu spokój. Nic się nie dzieje... – zanucił, a następnie przetarł twarz i ruszył o wyjścia.
     Nie spodziewał się tego co zostało go w głównej sali. Huk wybuchów, odgłosy broni, dźwięki tłuczonego szkła, przewracanych mebli i krzyki klientów były szokującą odmianą dla niespotykanej ciszy panującej w ubikacji. Stał jak wryty obserwując co się sieje. Do środka co chwila wpadali ludzie strzelający z karabinów. Ci że środka dobywali zaś różnego rodzaju pistolety i rewolwery. Ktoś krzyczał na niego. Ktoś machał ręką, aby padł na podłogę. On jednak nie rozumiał gestu. Rzeczywistość wydawała mu się taka odległa. Jakby patrzył na wszystko zza cienkiej tafli szkła. Co chwila przechodziły po nim Zimne dreszcze przypominające mu, iż jeszcze żyje. Mocne bicie jego serca nadawało całej tej scenie odpowiedni rytm.

- Muzyka moim życiem... – wyrwało mu się z ust.
     Nagle go zamgliło. W uszach zadzwoniło jak w siedmiu kościołach. Wpierw uczuł uderzenie z lewej. Ktoś wpadł na niego przewracając ich oboje. Wtem pojawił się ostry ból prawej strony ciała. Gdy wzrok powrócił, mężczyzna ujrzał ostre odłamki przeróżnych przedmiotów ze szkła, na które upadł. Niespodziewanie zorientował się, że ktoś ciągnie go za kołnierz. Wszystko nagle powróciło. Adrenalina, która trafiła do jego krwi orzeźwiła umysł i ciało. Nad głową usłyszał wystrzały. Po nich obok niego opadł blondyn śmiejąc się w niebogłosy.

- Tylko niech ktoś żywy zostanie! Ubezpieczyciel mi tego nie pokryje! – krzyczał do tych pozostałych przy życiu.
     Gdy skończył, zaczął przeładowywać błyszczący, biały, ze złotymi szlifami pistolet.

- Co ty bierzesz przyjacielu?! Dał byś trochę! – próbował przekrzyczeć wszechobecny hałas, równocześnie starając się włożyć pociski do magazynka.
     Mężczyzna chciał coś odpowiedzieć, lecz słowa uwiązły mu w gardle. Nagle ktoś zaklął, na tyle głośnio by zwrócić uwagę większości osób. Po tym nastąpił wybuch.
- Jak sytuacja? – zawołał blondyn do dziewczyny, która właśnie przysiadła obok.
- Wspaniale. A jak tam mój kochany? – odrzekła, błyskawicznie ładując broń.
- Chyba nie kontaktuje. Ale nie został trafiony. Tak mi się wydaje. Dziwne pytanie, ale czy ty nie pracowałaś jako barmanka?
- Kiedyś. Dobra. Co robimy? Goście się nie kończą. Wciąż przybywają nowi. Chyba widziałam, jak ktoś podkłada ładunki. Chcą nas tu pogrzebać żywcem. Masz tu jakąś drogę ucieczki?
- Miałem, ale się zawaliła. Jeszcze nie zdążyliśmy jej naprawić.
- Cholera! Dobra. Robimy tak. Ja wstaję i ładuję w nich co mam, a ty bierzesz mojego… Gdzie on jest?!
- Co? – blondyn spojrzał w miejsce, gdzie przed chwilą siedział jego półprzytomny przyjaciel.
     Pociski i granaty latały dookoła. Każdy strzelał do każdego. Nie było wyjątków. Zero litości. Pośród tego całego zamieszania szedł samotnie mężczyzna odziany w czerń. Spod jedwabnej marynarki wyciągnął idealnie czarny pistolet. Cud techniki. Arcydzieło jedyne w swym rodzaju. Powoli i spokojnie zaczął strzelać. Przeciwnicy padali nie wiedząc co i kiedy zafundowało im taki los. Idąc, naciskając spust i przeładowując mężczyzna, przyśpieszał co chwila kroku. W momencie znalazł się w pełnym sprincie. Nie wiadomo kiedy w jego wolnej ręce pojawił się matowy czarny nóż, niosący błogie ukojenie, pośród całego zgiełku. Przerażeni wrogowie uciekali na zewnątrz, szukając schronienia za plecami swoich kompanów. Nie było jednak ucieczki. Padali jeden po drugim. Nie ważne, czy chcieli się poddać, czy nie. Jeszcze większą zgrozą napawało wszystkich, to iż niezliczona ilość kul, która trafiała w ciało człowieka w czerni, wydawała się nie robić mu żadnej krzywdy, a jedynie karmić jego bezduszną i obojętną żądzę. Nagle jedyną osobą w drzwiach był ów mężczyzna, piastun przeznaczenia. Stał spokojnie, wpatrując się w tłum przed budynkiem. Wszystkie bronie były wycelowane w niego. On zaś tylko rozłożył ręce i uniósł wzrok w stronę nieba, jakby prosząc się o śmierć.
- Czas by to sprawdzić… - wyszeptał do siebie.
     Ktoś wydał rozkaz. Nieprzenikniona cisza, która przed chwilą spowijała okolicę, została rozproszona przez ryk broni i wściekłych, zrozpaczonych jegomościów. Z ich oczu lały się łzy. Nie były one spowodowane smutkiem, czy radością. Były to obojętne i puste krople, spływające po brudnych od krwi policzkach. Hałas ucichł, na powrót przywracając bezdźwięk. Wszyscy opuścili co trzymali w rękach i wpatrywali się w drzwi. Mężczyzna stał tam nadal, niewzruszony, obojętny. Na usta zgormadzonych cisnęło się tylko jedno słowo… Potwór. Niespodziewanie ogromna panika zatruła wszystkie umysły. Każdy uciekał, jak tylko mógł. Cała scena odbywała się w przerażającej ciszy. Momentalnie cały obszar restauracji opustoszał. Wpatrująca się, w to co się wydarzyło, dziewczyna płakała. Przez głowę przebiegała jej tylko jedna myśl: „Nie żyje.”. Szybko przeskoczyła przez bar i podbiegła do stojącego w wejściu człowieka. Wbiegła w niego i przytuliła z całej siły od tyłu. Poczuła jak ciepła ciecz spływa na jej ciało. Łzy same napływały jej do oczu.
- Czemu? Czemu? – szeptała łamiącym się głosem.
     Stojący w oddali blondyn tylko obserwował całe zajście z daleka. Po chwili na jego obliczu pokazał się grymas zdziwienia. Spowodowany był tym co usłyszał. Śmiech. Szalony, wpół radosny śmiech swego przyjaciela.
- Dziękuję ci Ojcze! – wykrzyczał mężczyzna przytulany przez kobietę.
- Co…? – zapytała zdezorientowana dziewczyna, na moment przed upadkiem.

     Leżeli oboje na ziemi. Ona nie wiedząc, czy się cieszyć, czy rozpaczać pocałowała go namiętnie.
- Kocham Cię! Nie rób mi tego nigdy więcej! A temu małemu gnojowi zafunduję takie tortury, że go nikt nie pozna!– krzyczała.
     On zaś powoli zaczął odczuwać ból krwawiących ran. Zaczęło mu się robić zimno. Ciemność spowijała rzadkie myśli. W oddali zaś dało się słyszeć syrenę karetki. Uśmiechnięty, przytulił jeszcze swoją towarzyszkę i szepcząc coś do ucha, odpłyną w nieznane krainy błądzące bez celu po jego głowie.
- Coś co trzymamy w najgłębszych czeluściach naszego umysłu… Zabawne, iż teraz sobie to przypomniałem. Cóż to było? Kap, kap. Igła spada… - rzekł blondyn w białym garniturze podchodząc i chowając broń do kabury, pod swą jedwabną marynarką.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI