Skonfundowana popółnoc


     Pośród ciemności i dźwięków kropel uderzających o szkło, leżał mężczyzna, niewidoczny dla oczu. Odziany w czerń był nieświadomy otaczającej go rzeczywistości. Jego umysł był jeszcze obłapiany przez ostre, kuszące szpony snu. Powoli, jednak nasłuchując bicia swego serca, rozbudzał się. Szum mżawki za oknem działał bardzo usypiająco, utrudniając mu zadanie. Zebrał jednak w sobie siły i podpierając się na rękach o dywan, na którym leżał, podniósł się na klęczki. Westchnął głęboko, przecierając rękami zmęczone oczy. Jękną przeciągle i otworzył je. Widział jedynie niewyraźne kształty. Wstał więc i zachwiawszy się złapał za głowę. Lekki ból przeszył jego skronie. Chciał je rozmasować, jednak w momencie, gdy dotknął tej po prawej stronie, cierpienie wzrosło. Wypuścił więc powietrze z płuc i biorąc wdech ruszył na oślep w stronę łazienki. Gdy tam dotarł, stanął przed wielkim lustrem i zapalił światło włącznikiem po jego prawej stronie. Rażące światło, które uderzyło w jego źrenice, na chwilę odebrało mu zdolność widzenia. Musiał minąć dłuższy czas, by przyzwyczaił się do jasności, która go otaczała. W końcu przejrzał. Zobaczył swoje odbicie. Był brudny od zaschniętej krwi i błota. Ciuchy były gdzieniegdzie podarte i dziurawe. Sina twarz, z podkrążonymi oczami nie wyrażała żadnych emocji. Mężczyzna skupił się na swych przekrwionych oczach. Następnie zaś przemył twarz i jamę ustną. Dopiero teraz sprawdził prawą stronę swej głowy. Znajdowała się tam zaschnięta krew zlepiająca włosy i zamykająca dużą, niecodzienną ranę. Westchnął i wyprostował się. Powłócząc nogami podszedł do miejsca, gdzie powinny być drzwi i oparł się o futrynę. Nie mogąc niczego dostrzec, sięgnął do przełącznika i zapalił żarówki. Gdy światło zalało pomieszczenie, od razu spostrzegł, iż znajduje się w nieznanym sobie mieszkaniu. Było ono podobne, lecz inne od jego. Leżący na podłodze prostokątny dywan, posiadał tą samą fakturę, jednak inny wzór. Samotne biurko wykonane było z taniego drewna. Przejścia natomiast znajdowały się trochę innych miejscach. Chcąc sprawdzić, gdzie się znajduje, podszedł do okna i spróbował coś dostrzec. Szyba jednak była zbyt brudna i zalana mżawką. Odpuścił sobie więc i kierował się w stronę wyjścia. Opuszczając mieszkanie, wkroczył do szerokiego korytarza, rozświetlanego przez nieduże lampy zawieszone parzyście, na ścianach. Na jednym końcu korytarza znajdowało się niewielkie okno, a na drugim wąska klatka schodowa. Ruszył wiec w jej stronę. Część prowadząca na dół, była zawalona.
- Oczywiście... – mruknął z westchnieniem i zaczął powoli iść w górę.

     Kolejne piętro wyglądało identycznie. Te same kolory, ta sama wykładzina i tapety. Drzwi również nie różniły się od siebie, prócz jednych. Te przystrojone były w świąteczne ozdoby. Mężczyzna stanął przed nimi i nie wiedzieć czemu, zapukał. Czekał chwilę, lecz nie było odpowiedzi. Spojrzał więc w stronę schodów, chcąc się tam skierować. Niespodziewanie zobaczył tam niewyraźne zarysy postaci. Wydawała mu się ona znajoma, jakby już ją kiedyś widział. Nagle dostrzegł jak z jej ręki skapuje na podłogę jakaś ciemna ciecz. Zaniepokojony tym faktem, chciał podejść i pomóc, lecz momentalnie dostrzegł jak druga ręka unosi się w górę razem z jakimś ciemnym przedmiotem. Wydawało mu się, iż słyszy dźwięk wystrzału. Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Coś mknęło w jego stronę. Za tym zaś ruszyła ciemna postać. Mężczyzna rzucił się próbując wyważyć drzwi. Przeleciał jednak przez wejście i wpadł na kogoś.

- Wreszcie jesteś! Korki na mieście? – odezwał się miło gospodarz.
- Staruszek? Ale co...? – zapytał zdziwiony.
- Chodź do salonu. Muszę z Tobą pogadać. – rzekł zamykając drzwi, za którymi widniała nieprzenikniona ciemność.

    Mężczyzna ruszył do pokoju i stanął przy zapalonym kominku, dającym pokrzepiające ciepło. Słyszał radosne śmiechy i rozmowy dochodzące z kuchni.

- Jak tam u dzieci? – zapytał.
- A jak słyszysz? Dobrze. Wiesz jak to jest? – westchnął gospodarz.
- Ch…. Niezbyt, ale stabilnie? – powstrzymał się od wulgaryzmu.
- Właśnie. Niemniej. Sięgnij po to pudełko na kominku. – mówił z powagą.
- Czy to jest?
- Nóż myśliwski mojego dziadka. Skurczybyk, też uwielbiał czerń. Wesołych świąt. – rzekł ściskając jego ramię.
-Ależ, ja nie mogę. To rodzinna pamiątka. Przecież…
- Przestań! Jesteś dla mnie jak syn. Nie. Ktoś bliższy niż syn. Jesteś moim przyjacielem.
- Ty… - do jego oczu powoli zaczęły napływać łzy, gdy próbował coś powiedzieć.
- Nie bądź baba. Nie rycz. Przytul staruszka. – rzekł rozkładając szeroko ręce.

     Obaj jegomoście zastygli w uścisku.

- Dziękuję.
- Nie ma za co… A teraz bierz go do rąk i sprawdź jak się trzyma!

     Mężczyzna odwrócił się plecami do gospodarza i otworzył pudełko. Wyciągnął z niego długi, czarny nóź o matowym ostrzu. Traktował go z wielkim nabożeństwem. Nagle ktoś położył dłoń na jego ramieniu. W uszach rozbrzmiało zaś ciche słowo „uciekaj”. Niespodziewanie wszystkie dźwięki ucichły. Ogień zgasł, a mieszkanie wypełnił przerażający chłód. Drzwi otworzyły się z trzaskiem wpuszczając porywisty wiatr. Lodowaty uścisk, niemal odebrał czucie w ręce mężczyzny. Błyskawicznie obrócił się, rzucając się w stronę okna. Jednocześnie zatopił broń w boku napastnika, trafiając między żebra. Nie wiedzieć, czemu odebrało mu tchu. Gdy ostrze wysunęło się ze swej ofiary, jego właściciel wypuścił ciężkie powietrze z płuc. W ostatniej chwili, odwrócił się plecami, rozbijając szybę. Czas jakby nagle spowolnił. Postać, którą wcześniej spotkał na korytarzu stała trzymając się w boku. Następnie odwróciła się i odeszła. Krople niewielkiej mżawki spadały na całe ciało mężczyzny. Przez ciemność go otaczającą, nie widział nic. Odczuwał chłód i ulgę. Uczucie spadania, było dla niego zbawienne. Budynek  znajdował się coraz dalej. Odłamki szkła wbijały się głębiej w skórę. Teraz była odpowiednia chwila by złapać się wystających elementów schodów pożarowych. Jednak wyciągnięta dłoń mężczyzny cofnęła się, a palce rozluźniły. A gdyby teraz wszystko skończyć? Pytanie przewinęło się przez jego czyste myśli, gdy spadał w nieprzeniknioną ciemność.









     Nagły, lecz niewielki ból przeszył łydkę ogarniętego snem człowieka. Świadomość zaczęła z wolna powracać. Ciepłe promienie wschodzącego słońca ogrzewały jego ciemne, przemoknięte ciuchy.

- Wstawaj. No już. Obudź się. Ile ty tu już siedzisz? Jesteś cały przemoknięty i brudny. Wyglądasz jak jakiś żul. – mówił ktoś wyciągając klucze i otwierając drzwi z charakterystycznym szczękiem zamka.

     Mężczyzna podniósł głowę i zmrużył oczy, by nie narażać oczu.

- Jezu… - przeraził się rozmówca – Wyglądasz gorzej niż sądziłem! Rusz tyłek. Wejdziemy do sklepu. Obmyjesz się trochę.

     Jegomość dźwignąwszy się, wstał i wszedł do wnętrza budynku. Jęcząc ruszył w stronę łazienki.

- Tak, tak. Tylko nie nabrudź za dużo. Czekaj, czekaj! Czy ty masz szkło powbijane w plecy? Coś ty robił? Synu mój! Gdzież ty się szlajasz?! Dziadek nie  byłby zadowolony… - narzekał młodzieniec.
-
  Ojcze? Pomożesz mi z tymi odłamkami? – zapytał przemywając twarz.
- Oczywiście. Siadaj tu. – rzekł przesuwając taboret nogą.

     Oblepiony brudem nieznanego pochodzenia i zmęczony człowiek usadowił się ciężko na meblu i westchnął. Po chwili zaś syknął z bólu.

- No co? Nikt nie mówił, że będzie przyjemnie. – powiedział oczyszczając jego plecy ze szkła.
- Jak tam u Ciebie?
- U mnie? To ty przychodzisz mi w takim stanie. Martwię się o ciebie… A u mnie dobrze. Interes idzie. Ty jeszcze nie zdążyłeś zepsuć mego dzieła życia. Żyć nie umierać. Tylko siostra ciągle mi jęczy i marudzi. I to twoja wina! – krzyknął specjalnie zadając rozmówcy trochę bólu.
- Auć! Moja? Niby jak? Z randki była zadowolona. I nic jej nie zrobiłem.
- Nie kłam! – wrzasnął, ponownie zadając ból.
- No dobra, dobra… Może pocałowałem ją raz… albo dwa?
- Widzisz? Szczerość popłaca. Ale to nie o to chodzi. – mówił, stając się zdecydowanie delikatniejszy.
- Nie? To co? – zapytał zdziwiony.
- Wiesz, że ona wielbi twoją twórczość tak?
- Naprawdę? Nie spodziewałem się, iż komuś się tak spodoba co piszę.
- A jej właśnie się bardzo podoba. Dlatego strasznie ubolewa, nie widząc nic nowego od dłuższego czasu. Znaku życia nie dajesz. Martwi się o ciebie.
- Przepraszam. Wiesz…. Ostatnio nie miałem czasu i chęci. Jakiś zmęczony jestem. – westchnął przeciągle.
- E tam. Nie ma sprawy. Mnie to nie boli. A propos bólu. Pokaż mi proszę moje cudeńko. Chcę sprawdzić jak się miewa.
- Ale ja go przy sobie nie mam…
- Co?! – zdenerwował się młodzieniec – Jak to go nie masz przy sobie?! Nie mów, że go zgubiłeś!
- Nie…. No co ty? Po prostu… Zapomniałem, gdzie go ostatnio odkładałem… I tak myślałem, że może ty wiesz.
- Czasami zastanawiam się, czy znasz moją dobroć, czy jesteś tylko taki głupi. Blondyn dzwonił. Mówił, żebyś go odwiedził. Po ostatniej zabawie, jak cię zabrali to postanowił ci go przetrzymać. Wiesz jaka jest służba zdrowia w tych czasach…
- Blondyn? – zaburczało mu w brzuchu – Więc się wybiorę!
- Gdzie się tak zrywasz? Jeszcze nie skończyłem! A z resztą… Idź sobie! I pamiętaj…

     Jego słowa ucichły w oddali, gdy mężczyzna wyszedł z budynku. Znalazł się na dość szerokim korytarzu, ozdobionym w bogate wzory. Przed sobą widział jeden z końców. Znajdowały się tam ogromne schody wyłożone wspaniałym marmurem. Nie oglądając się za siebie ruszył w ich stronę. Czół na plecach ogromny chłód. Miał wrażenie, że ktoś stoi za nim i obserwuje go z daleka. Przyśpieszył więc kroku. Gdy zaczął wchodzić do góry po stopniach, jego uwagę przykuł starszy jegomość z obsługi.

- Proszę za mną. – rzekł kłaniając się lekko.

     Wchodzącego do ogromnej sali, mężczyzna został przywitany radosnym okrzykiem powitania, który szybko przerodził się w jęk obrzydzenia.

- Witaj! Przyjacielu! Och… Wyglądasz gorzej niż dziesięcioletni ćpun na odwyku…
- Dziękuję. Bardzo miłe słowa.
- Nie ma za co. Siadaj, siadaj.
- Co dziś zjesz?
- Placki…
- Przynieść! – przerwał mu krzycząc do kelnera – Napij się. Najedz. Martwię się o ciebie. Ostatnio strasznie się kaleczysz… Jakiś blady jesteś. Nieobecny. Co się z tobą dzieje?
- Żebym ja to jeszcze wiedział…
- No nic. Jedz. Czeka Cię długa noc. Musisz mieć siły. – rzekł, gdy jeden z kelnerów przyniósł gotowe danie.

     Mężczyzna jadł powoli rozkoszując się każdym kęsem, zaś blondyn w białym garniturze obserwował całą sytuację z uśmiechem.

- Cieszę się, że smakowało. – powiedział, talerz opustoszał – A teraz prezencik. Proszę. Oddaję. Niech ci służy.
- Dziękuję. – powiedział rozmówca, odbierając przedmiot.
- To ja się już pożegnam. Do widzenia…

     Słowa odbijały się echem w wielkiej opustoszałej, szarej sali, w której znajdował się tylko jeden stolik. Od niego właśnie wstał jegomość odziany w czerń i chowając pistolet do kabury ruszył w stronę wyjścia. Przekraczając próg, znów znalazł się w ciemnym, korytarzu, przypominającym ten z początku. Tym razem nie było jednak, żadnego okna. Światło dawała tylko migająca się lekko żarówka. Klatka schodowa była zawalona, w sposób nie pozwalający na przejście nią. Na szczęście zaraz obok niej znajdowała się działająca winda. Mężczyzna nacisnął przycisk i gdy drzwi się otworzyły, wsiadł do środka. Zadziwiające jak atmosfera w windzie była zawsze taka sama. Zawsze było spokojnie. Jakby był to inny, lepszy świat. Bez problemów i radości. Wymiar marzeń wszystkich istot żywych. Po kilku piętrach wszystko niespodziewanie stanęło.  Chwila zastoju została przerwana, przez przerażający zgrzyt metalu. W momencie, gdy nastąpił, winda zaczęła spadać. Znajdujący się w niej człowiek, wywrócił się, uderzył głową w lustro, rozbijając je i lekko okrwawiając. Jego świadomość zaczęła odpływać. Zostawało z nim tylko to nieszczęsne uczucie spadania, które, jako ostatnie odeszło.









     Wpół świadomy mężczyzna powoli wyszedł z windy, której drzwi otworzyły się powoli. Trzymając się za głowę, starał sobie przypomnieć cokolwiek. To jednak wzmagało tylko jego, ledwo znoszony, denerwujący ból. Nagle rozbrzmiał pojedynczy dźwięk małego dzwonka. Wejście do winy zamknęło się, odcinając dopływ światła. W pomieszczeniu zapadła ciemność. Jedyny człowiek w pokoju stał i chwiejąc się delikatnie na boki, mrugał oczami, próbując pozbyć się zamglenia, przeszkadzającego mu widzieć. Gdy w końcu mu się to udało, podniósł wzrok. Przez niewielkie okno, po jego lewej stronie, co jakiś czas przewijało się mocne, blade światło. Już chciał ruszyć do wyjścia, gdy nagle zobaczył przed sobą ciemną postać, która podążała za nim jak cień. Błyskawicznie zaatakowała. Złapała go za szyję, a następnie uniosła i przyszpiliła do ściany, odbierając mu dopływ tlenu. Blada dotąd twarz zaczęła pokrywać się niezdrową czerwienią. Mężczyzna próbując złapać oddech, kopał, bił i wierzgał, lecz jego starania zdawały się na nic. Postanowił się uspokoić. Zwolnić. Pomyśleć. Miał wrażenie, jakby czas zwalniał. Starał się sięgnąć po broń, znajdującą się pod marynarką, gdy nagle drzwi, do pokoju zostały wywarzone. Do wnętrza poleciały granaty. Głośne wybuchy, ogłuszyły go na chwilę. Opadł na ziemię, gdy do środka wpadli, uzbrojeni przeciwnicy. Nie pytając o nic, zaczęli strzelać. Plecy nieznanej postaci pokryły rany wlotowe. Naraz zaczęła wpływać z nich gęsta, ciemna ciecz. Nie wyrażając żadnych emocji poraniona istota, odwróciła się z wolna i rozłożyła ręce. Stojąc tak niewzruszona w czarnej, poszarpanej szacie rozsunęła chude, długie palce, przypominające momentami szpony potężnej bestii. Napastnicy wzdrygnęli się. Niektórzy zapragnęli uciec. Jednak ucieczki nie było. Postać rzuciła się na nich. W niespełna sekundzie, wszyscy leżeli na ziemi, porzuceni, jak martwe kukły. Istota stała zaś skąpana w ciemnej czerwieni, przechodzącej w purpurę. W tym momencie wyglądała iście władczo. Jakby cały świat był u jej stóp. Rozkoszowała się tą chwilą. Mężczyzna oparty o ścianę, oddychał zaś szybko, nie mając już nadziei. Spoglądał tylko jak istota zbliża się w jego kierunku. Powoli, z iście królewską gracją. Z ostrych, jak brzytwa szponów skapywała życiodajna ciecz. Nieregularnie pojawiające się światło, nadawało całej sytuacji jeszcze większy postrach. To było za wiele. Oparłwszy się o ścianę za sobą, jegomość podniósł się na nogi. Czół okropny ból całych pleców i smak żelaza w ustach. Uśmiechnął się szaleńczo i wystrzelił. Naraz uczuł uderzenie w pierś. Odebrało mu tchu. Strzelił ponownie. Tym razem poczuł ukłucie w boku. Zaczął się dusić. Z kącików ust spływały strużki krwi. Postać szła jednak niewzruszenie. Wściekłość i bezsilność zalały umysł mężczyzny. Z oczu polały się łzy. Nie wiedząc co ma zrobić, rzucił się w stronę okna. Następnie wskoczył w nie z całej siły, rozbijając je i przelatując na drugą stronę.









     Znajdował się na powrót w mieszkaniu, w którym wszystko się zaczęło. Obejrzał się za siebie. Zza wybitej szyby wpadały do środka krople wody i porywisty wiatr. Niespodziewanie, na korytarzu rozbrzmiały ciężkie kroki. Wraz z ich pojawieniem się, rozbrzmiał dźwięk tłuczonego szkła, dochodzący od strony okna. Zdziwiony mężczyzna błyskawicznie stanął przy drzwiach wejściowych. W snopie światła wyzierającego spod wejścia, pojawiły się dwa niewielkie cienie. W przeciągu trzech sekund rozpoczęła się rzeź. Pierwszy napastnik, który wywarzał drzwi, nie spodziewał się matowego ostrza pędzącego w stronę jego żeber, co można było wyczytać z wyrazu zdziwienia na jego twarzy. Naraz jego oczy zaszły mgłą i upadł jak puste naczynie, bezwiedny, bezwolny, bezsilny. Kolejny, który miał go ubezpieczać odebrał strzał pędzący prosto w jego szyję. Reszta przeciwników znajdująca się na korytarzu, zaczęła strzelać. Byli jednak zbyt powolni. Nim zdążyli wystrzelić pierwszą kulę, padli na ziemię. Martwi. Niezapamiętani. Jegomość, schował zaś broń, poprawił zakrwawioną marynarkę, przerzedził mokre, tłuste włosy i ruszył w stronę klatki schodowej.









     Zmęczony, brudny i wykończony psychicznie mężczyzna stanął w kolejnym korytarzu, na kolejnym piętrze. Ile jeszcze? Zadawał sobie to pytanie co chwilę. Ilu ich jest? Czemu to coś za mną podąża? Co jest na szczycie, iż tak do tego dążę? Jego myśli były pełne niejasnych odpowiedzi. Nie mógł się na niczym skupić. Ból głowy coraz bardziej zaczynał przeszkadzać. Oparł się więc o ścianę i pochylił. Niespodziewanie poczuł, dziwne żłobienia pod swą dłonią. Odwrócił się i przeczytał wyryte w tapecie słowa.

„Chory umysł.
Chore sny.
Chory strach.
Chory ja.
Chorzy my.
Chora męka.
Chory czas.
Gdzież ty jesteś?
Chory świat.
Chory umysł.
Chory ja.
Chore kłamstwo.
Chora prawda.”

- Cholerne wiersze! Cholerne opowiadania! Cholerny świat! Cholerne to wszystko! Aaaa…! Czemu?! Ciągle coś jest?! Ciągle męczy! Odejdź na chwilę! Daj mi spać! Daj odpocząć! – krzyczał, po czym padł na kolana i lamentował – Ja już nie chce… Mam już dość… Ile jeszcze? Nie rozumiem. Choć wiem. Czemu to sobie robię? Czy to jest przyjemność? Czemu bez zła, cierpienia i smutku jest tak nudno? Chcę radości. Chcę odpocząć. Chce iść spać…

     Bezsilny i zrezygnowany, z głową spuszczoną w dół, chciał się poddać. Nie chciał iść dalej. Uczuł jednak zimny chwyt na swoim ramieniu. Podniósł wzrok. Stała przy nim ciemna postać. Wstał więc i spojrzał w pustkę pod jej kapturem. Nagle, po chwili ciszy, jego prawy policzek zapiekł, a on uderzył o ścianę. Zmroczyło go. Gdy odzyskał świadomość istota otworzyła drzwi, znajdujące się na końcu korytarza, wpuszczając do środka, chłód i wilgoć. Mężczyzna wstał i powoli ruszył w ich stronę. Przekraczając próg znalazł się na dachu. Mżawka zaczęła zmywać z niego cały brud i zalewać jego twarz ograniczając mu widoczność. Rozglądając się zauważył przed sobą, zniszczone stare krzesło, na którym usiadła postać, która snuła się za nim cały ten czas, jak cień. Popatrzył dalej. Zauważył tam kobiecą postać celującą w niego z broni. Bez namysłu dobył swego pistoletu. Nastąpiły dwa wystrzały. Pociski jednak nie sięgnęły swych celów. Znikły, jakby nigdy ich nie było. Jegomość uświadomił sobie, iż nie ma już amunicji. Rozłożył więc ręce w geście poddania. Wtedy padł kolejny strzał, który wyrwał broń z jego rąk. Nie mając siły na zdziwienie, wzruszył tylko ramionami i odezwał się.

- Witaj kochanie. Wiesz co ciekawego zauważyłem, pokonując wszystkie te trudności do ciebie, których nawiasem mówiąc, nie zna nikt prócz mnie? Dziwne, ale w tej historyjce nikt z nas nie ma imienia, ani nazwiska. Dlaczego? Czy ma to nas uczynić bardziej zagadkowymi? Może chodzi o to, że jesteśmy tacy puści? Prawdziwe potwory? Czy chodzi o to, by łatwiej było się z nami identyfikować? Dziwne prawda? – mówił zbliżając się powoli do dziewczyny.

     Ta jednak milczała. Odrzuciła swą broń, dobyła noża i ruszyła na przeciwnika. Uderzyła prosto. Mężczyzna uchylił się i łapiąc ją za rękę, odepchnął od siebie, aby mieć czas, dobyć swego ostrza. Mając je już w ręce starł się z kobietą. Kopnięcia i uderzenia co chwilę sięgały celów. Niespodziewanie w nadgarstku mężczyzny zagłębiło się srebrne ostrze, wytrącając mu z dłoni jego śmiercionośne narzędzie. Nie zdążył jednak krzyknąć z bólu, ponieważ piorunujący kopniak w szczękę nie pozwolił mu na to. Podnosząc się, z ziemi, jegomość, wyjął nóż z swego ciała, wyrzucił go, a następnie oddarł kawałek ubrania i zawiązał wokół rany, tamując krwawienie. Skończywszy obronił się przed prawym sierpowym napastniczki, i od razu skontrował jej atak, swoim lewym prostym w jej brzuch. Posypała się seria ciosów, łamiąca kości i miażdżąca chrząstki. Gdy nieprzytomna kobieta padła na ziemię, mężczyzna zorientował się, iż znajduje się blisko krawędzi dachu. Dostrzegł stąd ciemną postać, która obserwowała całą walkę, jak wstaje, odwraca się i odchodzi. Nie wiadomo czemu i gdzie. Zrozpaczony, zziębnięty, wykończony i przemoknięty człowiek chciał rzucić się za odchodzącym, niewyraźnym cieniem, lecz gdy postawił pierwszy krok, uczuł opór. Następnie zalało go uczucie, zagłębiającego się w nim powoli ostrza. Rozcinało ono jego skórę i mięśnie. Zignorował je jednak. Postać dziewczyny stojącej przed nim i wpychającej w niego czarny, matowy nóż, nic go nie obchodziła. Złapał ją za ramiona i odwracając się o ćwierć obrotu, rzucił nią w niekończoną przepaść, za krawędzią dachu. W tym samym momencie postępując do przodu. Nogi jednak się pod nim załamały. Cały odcinek z żeber, aż po mostek zaczął go niemiłosiernie piec. Nie mógł złapać oddechu. Świat stawał się coraz zimniejszy i ciemniejszy. Nagle upadł na klęczki. Nieznajomej postaci, dawno już nie było. Teraz przez jego myśli przeszedł obraz spadającej kobiety i ostrza, które rozcięło jego ciało. Popatrzył się w górę. Krople deszczu spadały na jego oczy oślepiając go. Nareszcie, poczuł spokój. Wieczny odpoczynek spływał na niego, jak łaska najwyższego. Nie wiedząc kiedy upadł na plecy, lecz to dla niego się już nie liczyło. Nie było już nic. Nie było nawet jego. Była tylko ciemność, wilgoć i chłód.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI