Znudzony poranek


     W półmroku panującym w pokoju, oświetlanym wyłącznie blaskiem monitora, dało się dostrzec niewyraźne kształty mebli i stert ciuchów leżących na podłodze. Nie do zauważenia był jednak, mężczyzna ułożony na dywanie, zaraz przy biurku. Blade światło nie docierało do niego, aby choć trochę rozświetlić jego oblicze. Nie było mu to do niczego potrzebne. Miał zamknięte oczy. Oddychał szybko i ciężko. Dookoła panował zaduch i roznosił się ostry zapach potu. Nagle zaczęły rozbrzmiewać odgłosy pianina, do których po chwili dołączyły dźwięki innych instrumentów. Mężczyzna począł lekko kiwać głową w rytm muzyki, gdy z głośników odezwał się nostalgiczny męski wokal. Następnie obrócił się na brzuch i dźwignął, aby wstać. Uśmiechnął się na myśl, że gdyby ktoś tu mieszkał, oprócz niego, już stałby pod drzwiami i darł się, że chce spać. Szybko jednak, uśmiech spełzł z jego twarzy. Spojrzał na godzinę, i cmoknął z dezaprobatą.
- Za długo mi to schodzi… - rzekł ziewając przeciągle.

     Po tych słowach, udał się do łazienki, zabierając po drodze czarne bokserki, znajdujące się na jednej ze stert ciuchów. Dotarłwszy na miejsce stanął przed wielkim lustrem i spoglądał na swe odbicie. Zawsze gdy patrzył sobie w oczy wydawało mu się to dziwne. Jakby coś było nie tak, a jednak w najlepszym porządku. Westchnął ponownie, zawiesił bieliznę na kaloryferze i wszedł pod prysznic. Odkręcił kurek, uwalniając wodę. Spływała ona po jego głowie, nie pozwalając mu złapać oddechu. Stał tak chwilę, aż zaczęło go palić w płucach. Wtedy pochylił się lekko i zaczerpnął powietrza. Następnie przeciągnął się. Stęknął dwa razy i z kolejnym rozpaczliwym ziewnięciem zaczął się namydlać. Gdy skończył stanął znów pod strumieniem wody, aby się opłukać. Nie widząc i nie słysząc nic dookoła, wydawało mu się, że ktoś woła jego imię. Wyczuł czyjąś obecność w pokoju. Zakręcił więc kurek, odgarnął włosy z twarzy i rozejrzał się po pomieszczeniu. Nie ujrzał nic, choć na początku miał wrażenie, że dostrzega jakiś ciemny, humanoidalny kształt kątem oka. Wzruszył na to ramionami i złapał za ręcznik, aby się wytrzeć. Gdy był już w miarę suchy założył bokserki i wyszedł do salonu. Wziął głęboki wdech i zaczął kaszleć. Atmoswera była niezwykle zagęszczona. Podszedł więc do okna i je otworzył. Do wnętrza momentalnie wpadły pierwsze promienie wschodzącego słońca i zimne, orzeźwiające powietrze. Mężczyzna spojrzał na kładkę, przez którą przechodził codziennie rano i wieczorem. W tym świetle wyglądała bardzo ciekawie. Lubił się na nią czasami popatrzeć. Nawet zrobił jej zdjęcie, które szybko zniknęło w czeluściach pamięci jego telefonu. Z nostalgicznym nastrojem oddalił się w stronę kuchni. Stanął jednak na środku salonu i spojrzał na drzwi. Po chwili wpatrywania się, rzekł:

- Czyżby staruszkowi coś wypadło? Pewnie odwiedza żonę. Ciekawe co tam u dzieciaków? Oby tylko śniadanie było wciąż aktualne… - po tych słowach zaburczało mu w brzuchu.

     Poszedł więc  gdzie się kierował, a znajdując się tam nalał do czajnika wody i uruchomił go. Gdy woda powoli się zaczynała gotować, wyciągnął z szafki kubek i saszetkę z herbatą, którą w nim umieścił. Niedługo po tym zalał wszystko wrzątkiem i przykrył talerzykiem na dziesięć minut, aby się zaparzyło.

- Zdrowotna herbatka. Lekarz byłby ze mnie dumny. – wymamrotał do siebie.

     Gdy minął odmierzony czas, wyciągnął mokrą saszetkę i wyrzucił do kosza. Następnie udał się z naparem do salonu, gdzie usiadł na dużej skórzanej kanapie. Opierając nogi o ławę wziął mały łyczek. Syknął, gdy napój prawie oparzył końcówkę jego języka. Westchnął, odłożył kubek i spojrzał na porozrzucane, zapisane czymś kartki, różnego rodzaju dokumenty, teczki i zdjęcia.
- Piszesz wiersze i opowiadania, których nikt nie czyta. Robisz zdjęcia, których nikt nie ogląda. Po co to robisz? Dla kogo? Jesteś sam. Bez innych jesteś niczym. Egoistyczni ludzie wmawiają ci, że robisz to dla siebie. Dla własnej przyjemności. Gdzie jednak jest przyjemność, jak nie w twojej głowie? Dla ciebie nic nie musi być. Dla siebie nie musisz żyć. – rzekł, wpatrując się w pustkę.

     Niespodziewanie zauważył, że muzyka, która przed chwilą była czymś najwspanialszym na świecie, zamieniła się w najgorszy hałas przyprawiający go o ból głowy. Wstał więc szybko i będąc przy biurku, kliknął kilka razy myszką, wyłączając system. Po tym wrócił z powrotem na kanapę. Usiadł i ponownie zaczął mówić do siebie.
- Ciekawe… Gdyby mnie ktoś usłyszał, pomyślałby, że użalam się nad sobą, jestem smutny, delikatny, czy coś w ten deseń. Może nawet poderwałbym na to jakąś dziewczynę? – zaczął się śmiać, lecz szybko przestał i na jego twarzy znów zagościła obojętność – Wszyscy jesteśmy puści. Mamy wszystko gdzieś. A nawet jeśli nie, to chowamy to głęboko w umyśle. Masakra. Takich rozkmin to ludzie nie mają po najsilniejszych dragach. Dokąd zmierza to opowiadanie?

     Po tym jakże interesującym wywodzie, złapał w ręce kubek i pierwszą lepszą kartkę, a następnie ponownie oparł nogi o ławę. Popijając już chłodniejszą herbatę przeczytał zapisany czarnym piórem wiersz.

„Jest już ciemno.
Ktoś podąża.
Twą krwistą linię.
Napina. Obciąża.
Ostrze z cienia się wyłania
Niemy krzyk wszystko zasłania.
Z oczu płynie zimna ciecz.
Skapuje na dłoni brudnych wierzch.
Ktoś upada, ktoś powstaje.
Stoisz nad rozstajem.
Gdzie nie pójdziesz.
Będzie to.
Co nie zrobisz.
Wątpliwe zło.
Wstaje brzask.
Obudź się.
Kiedyś wrócisz.
Czy tego chcesz…”

     Nagle poczuł jak jego ciało przeszywa zimny dreszcz. Spojrzał w stronę okna, na wschodzące słońce. Wziął kolejny łyk naparu, zignorował obniżającą się temperaturę i sięgnął po białą teczkę, z podpiskiem „Nowi”. Otworzył ją i jego oczom ukazały się jednostronicowe kartki z zapisanymi informacjami o różnych osobach. Przejrzał je powoli i wybrał tą, opisującą bardzo atrakcyjną dziewczynę.  Zgłębił się w krótkie lecz dużo mówiące zdania.
- Barmanka, w tym barze? A no… Chyba tak. A to co? Panicznie boi się… Interesujące. – wymamrotał i wziął kolejny łyk z kubka.

     Gdy odłożył teczkę i zaczął wpatrywać się w dym uciekający z powierzchni herbaty, uświadomił sobie jak dziwne wszystko się wydaje, gdy nie ma w tle muzyki. Było jakoś tak… Mistycznie? Romantycznie. Było w tym coś takiego głębokiego. Moment ten rysował się na bardzo dobrą chwilę  by się położyć i o niczym nie myśleć, ponieważ, gdyby zaczęło się to robić, świat wydałby się strasznie sztuczny. Mężczyzna ponownie westchnął, wypił resztę cieczy z naczynia i wstał by odnieść je do kuchni. W chwili, w której dotarł do zlewu, złapał za gąbkę i puszczając trochę wody obmył kubek i odstawił go z powrotem do szawki. Po tym przeciągnął się i ruszył w stronę otwartego okna, aby je zamknąć. Gdy to zrobił, złapał za leżące nieopodal długie, czarne spodnie z kieszeniami na udach, i koszulę w tym samym kolorze. Założył je i udał się w stronę kąta, w którym umiejscowiona była sterta czystych, czarnych skarpetek. Wybrał jedną parę i naciągną na stopy. Następnie udał się do wyjścia, gdzie założył, czarne, wysokie za kostkę buty. Przed wyjściem złapał jeszcze wiszącą na wieszaku, czarną marynarkę i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Gdy to zrobił, dało się usłyszeć cichy szczęk zamka, brzdęk kluczy chowanych do małej zasuwanej kieszonki w spodniach i odgłos oddalających się kroków.





     Mężczyzna idący miarowym tempem przez ulicę, nie zwracał niczyjej uwagi. Było tak zapewne dlatego, iż większość mieszkańców spała jeszcze wygodnie w swoich łóżkach. W zaułkach gdzieniegdzie widać było pijaczków i bezdomnych śpiących na wpół żywo. Miła, chłodna bryza niosła  orzeźwienie, zaś ciepłe promienie słońca ogrzewały wszystko wkoło.
- Idziesz sobie tak. Drogą, gdzie Twój szlak. – zanucił mężczyzna.

     Nagle zatrzymał się przy jednym, z już otwartych sklepów. Wkroczył do niego powoli. Idąc w stronę lady zauważył młodą, może dwudziestoletnią dziewczynę stojącą na drabinie, czyszczącą półki i recytującą wiersz.

„Kap, kap. Igła spada.
Kap, kap. Jak deszczyk pada.
Na twoje ciało, gdy rozpięte leży.
Kap na kręgosłup. Kap na plecy.
Kap na kark. Już włos się jeży.
Kap, kap. Czy czujesz jak kapie?
Czujesz jak boli? Przyjemnością obłapie.
Czujesz jak wchodzi? Jak się wbija pazernie?
Na długo, lecz krótko.
Centymetr, czy może…
Czujesz to w sobie? Jak mięśnie rozpina?
Jesteś spięta. Rozluźnia. Cierpienie.”

     Gdy skończyła odwróciła się, chcąc zejść na podłogę. W tym momencie dostrzegła jednak mężczyznę stojącego po środku pomieszczenia, przyglądającego się jej pracy.
- Dzień dobry. Ładnie to pani recytuje. – rzekł uśmiechając się serdecznie.

     Zaskoczona zachwiała się i spadła z drabiny z łoskotem.

- Ojć… Chyba nie jestem dżentelmenem… - westchnął podbiegając do niewiasty.
- Dzień dobry. – odpowiedziała lekko oszołomiona.
- Nic się pani nie stało?
- Nie… Po prostu wszedł pan tak cicho i pana nie zauważyłam… Trochę mi wstyd. – odrzekła rumieniejąc się.
- Dlaczego? Jest pani pierwszą osobą, która tak wspaniale recytuje ten wiersz. To że jest pani pierwszą, którą słyszę, gdy to robi to nic. – rzekł serdecznie.

     Nagle na zapleczu coś huknęło i ktoś zaczął rzucać najróżniejszymi przekleństwami w przynajmniej kilku językach.
- Ojciec nie w humorze? – zapytał mężczyzna spoglądając w głąb sklepu.
- A pan do niego? To już wołam. – rzuciła i pobiegła szybko tam, skąd dochodziły nieprzyjemne dźwięki.

     Po chwili zza drzwi prowadzących na tyły sklepu wyłonił się młody około siedemnastoletni młodzian.
- Witaj synu. – rzekł z powagą.
- Ojcze. – odpowiedział mu z szacunkiem.
- Wiem co cię tu sprowadza. Jednak wszystko musi się odbyć. Nie możemy nic skrócić. Dlatego dopiero wieczorem.
- Wiem, wiem. Tylko, czy to miasto wytrzyma do tego czasu?
- Bywało gorzej.
- Czy ja wiem…? Byłeś u dziadka?
- Wiesz dobrze, że nie mogę. Takie są zasady. Poza tym już wystarczająco męczymy jego duszę.
- Tak… Czy my sięgamy dna?
- Zależy gdzie ono jest.
- Gdy obrócisz wszystko o sto osiemdziesiąt stopni to gdzie wtedy będzie?
- W tym samym miejscu?
- Hm…
- Jeśli to tyle, to cię przepraszam, ale muszę wracać do roboty. Dzieło mojego życia nie może czekać. Tym bardziej jeśli…
-Wieczorem. Tam gdzie zawsze? – przerwał mu mężczyzna.
- Tak. I pamiętaj, że wszyscy umierają.
- Niektórzy tylko szybciej. Dziękuję ojcze. Do zobaczenia. – mówił wychodząc.

     Prawie w tej samej chwili z zaplecza wyszła młoda dziewczyna z uśmiechem na twarzy.

- Skończone. Kto to był? Znajomy? – zapytała zaciekawiona.
- Jak to? Nie poznałaś autora swych kochanych wierszy? – powiedział z lekką kpiną w głosie.
- To on?! – krzyknęła zaszokowana, zachwiawszy się delikatnie.
- No, a kto niby?
- Myślisz, że się ze mną umówi? Nie będzie mu przeszkadzało, że jestem młodsza?
- My faceci lubimy młodsze. A teraz leć kup sobie jakiś seksowny ciuszek na wieczór.  Jakoś go musisz oczarować, nie? – rzekł podając jej plik pieniędzy.

     Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, przytuliła młodzieńca.
- Dziękuję braciszku!
- E! No! Zasady!
- Ojcze. Dlaczego taj do ciebie wszyscy mówią? Przecież jesteś jeszcze dzieckiem?
- Tłumaczyłem ci to już. No leć.
- Tak! – rzuciła wybiegając uradowana, w podskokach z budynku.





     Poranek robił się coraz przyjemniejszy. W oddali dało się słyszeć głosy bawiących się dzieci. Krajobraz wyglądał bardzo romantycznie. Mężczyzna siedzący samotnie na ławce wpatrywał się  w wysokie drzewo stojące niedaleko niego.
- Ech… Trzeba będzie zająć się to sprawą… Nie chce mi się. – rzekł znudzony.

     Spojrzał na zegarek. Godzina była zbyt wczesna. Westchnął więc i oparł głowę o oparcie.
- Gdzie on jest? Spóźnię się na śniadanie jak tak dalej pójdzie… W sumie jednak dobrze, że umówiłem się z nim w parku.

     Nagle podszedł mężczyzna odziany w długi brązowy płaszcz i szary beret. Usadowił się obok i zapytał:
- Masz?
- Czy ty zawsze musisz się tak spóźniać? Poza tym, dziwnie się ubrałeś.
- Muszę mieć jakiś charakterystyczny wygląd jako radiowiec.
- Ta…
- A żebyś wiedział, że ta... Masz? – zapytał zniecierpliwiony.
- No… miałem ci powiedzieć, że nie mam, ale jak tak na ciebie czekałem to coś mi wpadło, więc proszę. – powiedział podając zapisaną kartkę.

     Rozmówca złapał ją prędko i przeczytał na głos.

„Para z ust.
Zimno w głębi.
Ostrze w piersi się zagłębi.
Krew z piecyka.
Ciepło w koło.
Życie spłonie dziś wesoło.
Światło w oczach.
Ciemne drzwi.
Pustki nieprzejrzystej dni.
Drżenie rąk.
Niepewność nad głowami.
Z dziecinnymi malunkami.
Strach w czeluściach.
Panika chwil.
Nie odejdzie, marny ił.
Spokój w umyśle.
Kim jesteś, co?
Potworem, który sięgnął samo dno.”

- Podoba mi się. Fani się nie zawiodą.
- Żeby jeszcze jacyś byli.
- Ej no. Ktoś na pewno słucha.
- Ta…
- Co robisz przed południem?
- Nie wiem. A co?
- Zastanawia mnie o czym będzie.
- Mam pustkę w głowie. Może ty coś mi powiesz?
- Ja jestem tylko niepotrzebną postacią poboczną, do wprowadzania twoich wierszy. No więc lecę do pracy. Pozdrów staruszka. – rzekł z uśmiechem, wstając i odbiegając w stronę przystanku.
     Mężczyzna został sam. Spoglądając w przestrzeń zapytał sam siebie:
- Prawdziwy pirat ma dwa ostrza, co?

     Po tych słowach podniósł się i ruszył przed siebie w zamyśleniu.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI