Nigdzie: Przejście


     - Rozumiesz mnie, prawda? Ludzie to prawdziwe potwory.  Kobiety są okrutne i bezduszne, a mężczyźni są jeszcze gorsi. Nie ma co rozpaczać. Musisz stanąć i walczyć! – skończył swą wypowiedź potężnym kopniakiem w bok. 
     Jego przeciwniczka, straciła oddech i wywróciła się. Mężczyzna pomógł jej wstać.
- Musisz też wiedzieć kiedy trzeba odpuścić. Płynąć z prądem. Życie nie jest łatwe, ponieważ to my je komplikujemy. Prawda staruszku?! – zawołał do przyjaciela uderzającego w worek treningowy.
- A jakże! – okrzyknął mu bez emocji.
- Chyba się bardzo skupił. Emocje mu odeszły. Widzisz kochana. Mężczyźni to logiczne bestie. Gdy trzeba to nie mają uczuć, a gdy nie trzeba…. Sama wiesz. – mówił unikając serii ataków.
     W pewnym momencie złapał dziewczynę za rękę i rzucił ją w róg ringu.
-Czasami coś cię przyprze do rogu. Co wtedy zrobisz? Będziesz walczyć? Odpuścisz? – podchodził, uderzając z prawego sierpowego. 
     Kobieta zaś uciekła bokiem i uderzyła go w kolano. Mężczyzna zaczął się śmiać i nawet nie próbował uniknąć kopnięcia lecącego w stronę jego głowy. Zmroczyło go na chwilę, gdy padł na deski. Odzyskując zmysły, zaczął się śmiać.
- Zawsze może być gorzej. Musisz być na to gotowa. Ech… - westchnął, zasłaniając ręką oczy.
     Leżał tak chwilę, gdy nagle poczuł się dziwnie.
- Muszę stąd wyjść. Zrobiło się sztucznie. - rzekł, po czym spojrzał na zastygniętą postać swej przeciwniczki. 
     Następnie wstał i ruszył. Schodząc z ringu nie przejmował się tym, że świat stanął w miejscu. Szedł przed siebie w zamyśleniu. Otworzył drzwi, przez które do wnętrza  zaczęła wlewać się nieprzenikniona ciemność. Wstąpił w nią. Bez obaw. Bez uczuć. Bez namysłu.






     W ciemnym korytarzu na ziemi leżał pewien ktoś. Gdy podniósł i otrząsną się, spojrzał w przód.
 - A więc znów tutaj...
     Po tych słowach, powoli podążył przed siebie. Mijając wielkie oszronione okno, które było źródłem bladego, srebrnego światła, nawet nie zwrócił uwagi na to co znajduje się na zewnątrz. Być może nie było tam nic, lecz postać nie była tym zainteresowana. Podążała dalej, aż z wolna, zaczęła niknąć w mroku.







      Pośród spokojnej ciszy późnego wieczora, co jakiś czas odzywał się odgłos pióra, muskającego kartkę papieru. Niewielkie światło bijące od ognia, płonącego w pokoju, tworzyło romantyczną atmosferę. Z otwartego na oścież balkonu wzierało do wnętrza, przyjemne zimno. Blask dwóch, pierwszych księżyców oświetlał czarne, mahoniowe biurko, którego wierzch pokrywała cienka warstwa szkła lapis luna...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI