Sprawa Żaka - Fragment XL
Nie
wiem jak mogłem spoglądać na jej oblicze. Chociaż nawet nie wiedziałem, czy
naprawdę to robię. Na pewno obraz, na który patrzyły me oczy, trafiał w ich
głąb i był przerabiany na potencjał czynnościowy neuronów. Czy jednak nie gubił
się gdzieś po drodze do odpowiednich ośrodków? Któż mógł to wiedzieć? Na pewno
nie ja, gdyż stałem jak słup soli, mieląc w głowie pustkę. Ktoś coś chyba do
mnie mówił. Tylko ja nic nie słyszałem. W zasadzie nie wiem, czy nawet
oddychałem, gdyż nie dość iż kręciło mi się w głowie, to jeszcze czułem okropne
pieczenie w klatce.
– Przepraszam… – wyrzuciłem z
siebie, po czym rzucając białemu kotu spojrzenie pełne niezrozumienia opuściłem
prosektorium.
Krocząc przez dobrze
oświetlony, biały korytarz starałem się znaleźć klatkę schodową. Tej jednak
nigdzie nie było. Zamiast tego ciągle mijałem windy. Zrezygnowany przystanąłem
przy jednej i po chwili zastanowienia wkroczyłem do wnętrza. Czyniąc to,
ujrzałem czarnego kota stojącego w kącie i poczułem dziwne ciepło, które
ewidentnie odcinało się od zimna, reszty przestrzeni. Zignorowałem to wszystko
i wcisnąłem odpowiedni przycisk, aby po chwili znaleźć się na dachu. Silny
wiatr bił w moje ciało jakby próbował mnie z niego zwiać. Ignorując go,
zacząłem zbliżać się do krawędzi. Stanąwszy na niej, spojrzałem w dół. Moim
oczom ukazał się obraz spokojnego oceanu chmur. Zafascynowany nim, wahałem się,
czy nie skoczyć. Dziwne ciepło, które przeszywało me ciało, podpowiadało mi,
ażebym poddał się swym pragnieniom. Przesunąłem się więc do przodu tak, iż moje
stopy tylko w połowie znajdowały się na dachu.
– Kochanie… – Cichy szept,
który zimnym powiewem przebiegł po mym karku sprawił, iż zapragnąłem się
gwałtownie odwrócić.
Nagłe poczucie, iż spadam zmusiło
mnie do zaciśnięcia dłoni. Odczuwszy nagłe zahamowanie, otworzyłem oczy. Serce
waliło mi jak oszalałe, a ja nie rozumiałem co się dzieje. Dopiero po chwili
dotarło do mnie, iż zasnąłem na stojąco. Spojrzałem więc na swoje mizerne
odbicie w lustrze. Tak trudno było mi się z nim teraz zidentyfikować. Czując
jak pobudzenie zaczyna się rozpływać, ustępując miejsca zmęczeniu, przetarłem
twarz i ruszyłem do sypialni. Znalazłszy się tam zbliżyłem się do nakastlika, z
którego wyciągnąłem jakieś leki nasenne i niewiele myśląc, łyknąłem dwie
tabletki. Po tym momentalnie rzuciłem się na łóżko, zasypiając już w trakcie
upadku.
Komentarze
Prześlij komentarz