Upadek: Bez Wyjścia

Głodny… 
            Okropne pragnienie rozpływało się po mym ciele irytującym uczuciem, którego nie byłem w stanie określić. W celu zwalczenia tego nieprzyjemnego doświadczenia, wygnałem swe ciało w najdziwniejsze pozy i pozostawałem w nich, póki wydawało mi się, iż głód łagodnieje. Od czasu do czasu, nie mogąc już wytrzymać, zaczynałem wgryzać się w swe kończyny. Odgryzając kawałki siebie i przeżuwając je z odrazą, traciłem zmysły, gdyż rozjuszałem tym tylko dręczące mnie pragnienie.
            Miałem dość. Musiałem zjeść choć jedno serce. Zatopić w nim swe kły i napoić się czarną mazią, z niego wypływającą. Potrzebowałem tego… Ale nie mogłem. Gdybym znów zaczął wędrować i jeść, wróciłbym do punktu wyjścia. Na powrót straciłbym zmysły i stał się ociężałym stworem.
            Tylko czy miałem inne wyjście? Jeśli tak, to głód nie pozwalał mi go dojrzeć. Musiałem więc ponownie zmienić pozycję. Wyginając swe ciało, usłyszałem dzwonienie posiadanego przeze mnie owocu.
            A może by go zjeść? Pytanie to wydawało się jak najbardziej logiczne. Po spożyciu tego owocu mógłbym spróbować odnaleźć tamto miejsce pełne światła. Może dostałbym ich więcej.
            Pomysł zdawał się być idealny. Niestety na samą myśl o wsadzeniu sobie do ust tej dzwoniącej rzeczy, wzdrygnąłem się. Dodatkowo przeszyło mnie uczucie podobne do tego, przez które wcześniej nie mogłem wkroczyć do kościoła.
            Na tym cały plan spłonął. Potrzebowałem innego rozwiązania. Czegoś co zaspokoi mój głód i nie pozwoli mi stać się bezmyślnym stworem. Na szczęście miałem mnóstwo czasu, aby się nad tym zastanowić, gdyż ziejąca z mej klatki piersiowej rana, jakby na złość, zasklepiała się nad wyraz powoli.

*****

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI