Upadek: Bez Wyjścia
Głodny…
Okropne pragnienie rozpływało się po mym ciele irytującym
uczuciem, którego nie byłem w stanie określić. W celu zwalczenia tego
nieprzyjemnego doświadczenia, wygnałem swe ciało w najdziwniejsze pozy i
pozostawałem w nich, póki wydawało mi się, iż głód łagodnieje. Od czasu do
czasu, nie mogąc już wytrzymać, zaczynałem wgryzać się w swe kończyny.
Odgryzając kawałki siebie i przeżuwając je z odrazą, traciłem zmysły, gdyż rozjuszałem
tym tylko dręczące mnie pragnienie.
Miałem dość. Musiałem zjeść
choć jedno serce. Zatopić w nim swe kły i napoić się czarną mazią, z niego
wypływającą. Potrzebowałem tego… Ale nie mogłem. Gdybym znów zaczął wędrować i
jeść, wróciłbym do punktu wyjścia. Na powrót straciłbym zmysły i stał się
ociężałym stworem.
Tylko czy miałem inne wyjście?
Jeśli tak, to głód nie pozwalał mi go dojrzeć. Musiałem więc ponownie zmienić
pozycję. Wyginając swe ciało, usłyszałem dzwonienie posiadanego przeze mnie
owocu.
A może by go zjeść? Pytanie to wydawało się jak najbardziej logiczne. Po
spożyciu tego owocu mógłbym spróbować odnaleźć tamto miejsce pełne światła.
Może dostałbym ich więcej.
Pomysł zdawał się być idealny.
Niestety na samą myśl o wsadzeniu sobie do ust tej dzwoniącej rzeczy,
wzdrygnąłem się. Dodatkowo przeszyło mnie uczucie podobne do tego, przez które wcześniej
nie mogłem wkroczyć do kościoła.
Na
tym cały plan spłonął. Potrzebowałem innego rozwiązania. Czegoś co zaspokoi mój
głód i nie pozwoli mi stać się bezmyślnym stworem. Na szczęście miałem mnóstwo
czasu, aby się nad tym zastanowić, gdyż ziejąca z mej klatki piersiowej rana,
jakby na złość, zasklepiała się nad wyraz powoli.
Komentarze
Prześlij komentarz