Sprawa Żaka - Fragment XLI
Sunąłem przez powietrze niczym
wolny ptak. Tak przynajmniej chciałbym się czuć. Zamiast tego byłem jak
szmaciana lalka rzucona w bok przez obrażone dziecko. Mogłem się jedynie
pocieszać, iż ten stan rzeczy nie trwał długo. Cóż to było jednak za
pocieszenie, jeśli uderzając z impetem w ziemię, połamałem sobie kości i
uszkodziłem narządy wewnętrzne? Powiedziałbym, iż żadne, aczkolwiek nie
wiedzieć czemu, znajdowałem przyjemność w przeszywającym me ciało bólu. Ledwo
utrzymując się przy świadomości, gdy moje ciało jeszcze koziołkowało,
odczuwałem pewną błogość. W końcu jednak musiałem się zatrzymać. Gdy to zaś
zrobiłem, nie było już nic. Tylko pusta głowa, śnieżny pył spadający z nieba i
zimno, które wdzierało się do ciała przez otwarte rany. Ach… Gdyby było tylko
coś co mogłoby mnie na powrót ocieplić. Jak na życzenie, usłyszałem miauczenie
i poczułem przyjemne ciepło niewielkiej istoty, która zbliżyła się do mnie, by
pozaczepiać mnie łapą. Momentalnie zapragnąłem się obrócić. Spróbowałem więc zmusić ciało do ruchu. To ani drgnęło. Nie
poddawałem się jednak i w końcu przekonałem swoją rękę, iż warto byłoby sięgnąć
ku bijącego ciepłem sierściuchowi. W chwili, w której to uczyniłem, usłyszałem
odgłos kroków, które szybko się do mnie zbliżały. Gdy zaś to uczyniły, zostałem
uniesiony. Znów płynąłem przez powietrze. Tym jednak razem z gracją i
delikatnością. Mogłem więc zamknąć oczy i dać sobie ze wszystkim spokój. Mogłem
odpłynąć w upragniony sen.
– Proszę pana?! – Nagłe
zawołanie sprawiło, iż obraz przed mymi oczami rozjaśnił się, ukazując mi blade
oblicze blondwłosej piękności.
– Tak? – zapytałem zmieszany.
– Wszystko dobrze? – zapytał
zmartwiony osobnik, stojący niedaleko.
– Nie… – mruknąłem, odwracając wzrok.
Znajdowałem się w kostnicy,
która wydawała mi się dziwnie znajoma. Nie mogłem sobie jednak jej za nic
przypomnieć. Zacząłem się więc jej przyglądać, aż w pewnym momencie mój wzrok
spoczął na białym kocisku machającym radośnie ogonem i siedzącym na stole
prosektoryjnym. Mając wrażenie, iż ten zwierzak może być odpowiedzią na moje
pytania, postanowiłem się do niego zbliżyć. Wtem jednak poczułem uścisk zimnej
dłoni na nadgarstku. Oburzony spojrzałem na mężczyznę, z którym znajdowałem się
w pomieszczeniu. Już chciałem mu wygarnąć, gdy dostrzegłem, iż ten stoi co
najmniej siedem kroków ode mnie. W tym momencie poczułem jak przerażenie
przebiega przez me ciało. Wiedziałem kto trzyma moją rękę i naprawdę nie
chciałem tego zobaczyć. Oddychałem bardzo szybko, czując jak serce pragnie
wyskoczyć z mej piersi. Przez chwilę łudziłem się, iż się obudzę, aczkolwiek to
nie następowało. Wyrwałem więc rękę z uścisku i zacząłem biec. Błyskawicznie
wypadłem na korytarz, z którego chciałem pobiec na klatkę schodową. Tej jednak
nigdzie nie było. Znów istniał jedynie tłum wind. Przerażony zacząłem
przyciskać przycisk każdej, którą mijałem, aż w końcu dotarłem do takiej, która
była otwarta. Bez namysłu do niej wpadłem, wybrałem byle jakie piętro i
zacząłem masakrować przycisk zamknięcia drzwi. Te na szczęście szybko się
zamknęły, pozostawiając mnie w metalowym pudełku, które poczęło jechać do góry.
Teraz był czas na to, abym spróbował się rozbudzić. Niestety nie było to
możliwe. Westchnąłem więc ciężko i z rozpaczą. Przy tym oparłem się ciężko o
ścianę i zamknąłem oczy. Przynajmniej miałem chwilę, aby się uspokoić. Jak to
jednak w koszmarach bywa, chwila ta była za krótka i wnet odezwało się
miauknięcie czarnego kota, siedzącego w rogu, które poprzedziło otwarcie się
drzwi. Wraz z tym przerażające zimno zaczęło wdzierać się do wnętrza,
zwiastując coś, czego nie chciałem przeżyć. Rozwarłem więc gwałtownie powieki i
ponownie zacząłem uderzać w przycisk zamykania drzwi i ku mej uldze, te zaczęły
to robić. Gdy skończyły, winda zaczęła jechać w dół. Wpierw robiła to w naturalnym
tempie, jednak po chwili zacząłem mieć wrażenie, iż coś jest nie tak.
Spojrzałem więc na licznik pięter i z przerażeniem dostrzegłem, iż znajduję się
gdzieś koło dwusetnego i bardzo szybko zjeżdżam na kolejne. Po prawdzie
łudzeniem byłoby nazywanie tego co się działo jazdą. Był to po prostu upadek w
metalowej trumnie. Zacząłem panikować. Aczkolwiek ponieważ nie było żadnej
drogi ucieczki, szybko się uspokoiłem. Pogodziłem się ze śmiercią, przed którą
nie mogłem uciec. Zamknąłem więc oczy i począłem spokojnie oddychać.
– Kochanie! – Przeraźliwy
wrzask koło mego prawego ucha zmusił mnie do reakcji.
Nim ta jednak nastąpiła,
usłyszałem pisk opon i poczułem jak zostaję rzucony w powietrze z niebywałym
impetem. Mój lot był krótki, a upadek niebywale bolesny. Przez chwilę nie
wiedziałem co się dzieje, aczkolwiek bardzo szybko to do mnie dotarło, gdy
ujrzałem zarzucone gwiazdami niebo i poczułem niebywałe zimno.
– Nie, nie, nie, nie… – wnet
zacząłem jęczeć.
Z mych oczu poczęły płynąć
krwawe łzy manifestujące dręczące mnie zrezygnowanie i rozpacz. Nie chciałem
przezywać tego po raz kolejny. Nie chciałem, aby to się znów działo. Nadmiar
emocji toczący mą duszę sprawił, iż odzyskałem jakąś kontrolę nad ciałem i
począłem pełzać gdzieś w bok. Nie chciałem słyszeć kroków. Nie chciałem czuć
zimna. Nie chciałem znów oglądać jej twarzy. Już nie mogłem. Zostawiając więc
za sobą krwawy ślad, czołgałem się przy pomocy mych zdeformowanych kończyn.
Byłem tak zdeterminowany by uciec. Tak uparty, by wszystko porzucić. Niestety nic
to nie znaczyło, gdyż wnet odgłosy butów skrzypiących na śniegu dogoniły mnie i
zostałem uniesiony. Starałem się walczyć, lecz byłem bezsilny według sił, które
mną zawładnęły. Jedyne co mogłem, to obserwować jak po raz kolejny zostaję
wsadzony do pozbawionej światła karetki i słyszeć jak drzwi do niej zamykają
się z głośnym trzaskiem.
Ten właśnie odgłos wyrwał mnie
z głębin nicości. Potrzebowałem chwili, aby dotarło do mnie gdzie się znajduję
i co się dzieje. Siedziałem za kierownicą samochodu, który zaparkowany był na
moim podjeździe. Nie wiedząc, co w nim robię, wysiadłem i rozejrzałem się
wkoło. Po otwartym bagażniku i słyszalnym z domu szczekaniu psa, doszedłem do
wniosku, iż właśnie przyjechałem z zakupów. Odruchowo więc złapałem jakieś
torby i ruszyłem z nimi do drzwi wejściowych. Nim jednak do nich dotarłem,
zauważyłem uchyloną bramkę, za którą kręcił się rudy kocur. Westchnąłem,
próbując się nie denerwować, iż ktoś znów zostawił ją otwartą. Odłożyłem zakupy
i zacząłem iść w jej kierunku, aby ją zamknąć. Im bliżej się jej znajdowałem
tym wolniejszy stawał się mój krok. W pewnym momencie czułem się jakbym brodził
w smole. Starałem się przezwyciężyć to uczucie i nawet mi się to udawało. Nagle
jednak poczułem za sobą jakieś okropne zimno i usłyszałem odgłos kroków.
Przerażenie urosło w mej piersi, gdy uświadomiłem sobie kto za mną podąża.
Wykorzystując je rzuciłem się wszystkimi siłami w stronę bramki i w ostatniej
chwili wypadłem przez nią. Wtem wszystkie nienaturalne odczucia mnie opuściły i
uświadomiłem sobie, iż stoję spokojnie, grzejąc się w cieple porannego słońca.
Porozkoszowawszy się nim, ruszyłem przed siebie, rozglądając się wkoło, jakbym
nigdy nie widział miejsca, w którym się znajdowałem. Podczas tego coś mnie
uderzyło. Znajdowałem się na terenie uczelni. Nie wiedziałem co o tym myśleć,
czy co z tym faktem począć. Szedłem więc tam gdzie mnie nogi prowadziły i wnet
dotarłem pod fontannę. Stanąwszy przed nią, spojrzałem w taflę wody i z
zaszokowaniem odkryłem, iż zamiast swego odbicia widzę jakiegoś nieznanego mi
bruneta. Chciałem sięgnąć ku swemu obliczu, aby sprawdzić, czy to co widzę jest
prawdą, aczkolwiek niespodziewanie ktoś na mnie wpadł, tym samym wpychając mnie
do przeźroczystej cieczy. Myślałem, iż zaraz się wynurzę z takiej płycizny, aczkolwiek
okazało się, iż tonę w nieopisanych głębinach. Powierzchnia była coraz dalej, a
mi coraz bardziej brakowało oddechu. W końcu ostatnie porcje powietrza uciekły
z mych płuc, pozwalając zastąpić się wodą. Począłem tracić przytomność i gdy
byłem bardzo bliski odpłynięcia, zacząłem odczuwać jak ktoś rozwiera me usta.
Następnie coś przeszło przez moje gardło i krtań, po czym poczęło za mnie
oddychać. Wraz z tym odczułem pieczenie żył na mym lewym zgięciu łokciowym i
coś rozlewającego się po moim ciele. Po chwili objął mnie jakiś cudowny
błogostan, któremu w całości się oddałem.
Komentarze
Prześlij komentarz