Sprawa Żaka - Fragment XXIX
Przepełniony mieszanką jasnej czerwieni i ognistej pomarańczy świat stracił nagle swój kolor na rzecz wyblakłej czerni. Nie byłoby w tym nic wyjątkowego, gdyby nie fakt, iż stan ten utrzymywał się dłużej niż powinien. Westchnąłem więc. Kto mógł być tak bezczelny, aby przesłaniać mi blask wymalowanego na czystym nieboskłonie nieba? Nikomu przecież nie przeszkadzałem zalegając tak sobie bez ruchu. Nikogo również tu przecież nie znałem. Ksiądz. Uderzyła mnie krótka, acz trafna myśl. Przecież to on wpadł na pomysł, aby tu przyjść. Być może właśnie się zebrał, aby wszystko rzucić w diabły i przybyć? Rozwarłem powieki, aby dojrzeć mężczyznę, o którym myślałem. Jednakowoż podstępne promienie świetlne, które przedarły się obok stojącej nade mną postaci, oślepiły me oczy, zmuszając ciało do taktycznego przesłonięcia ich przedramieniem. Dzięki temu udało mi przejrzeć i dostrzec kończyny dolne osobnika, które były zbyt gładkie i kształtne, by należeć do płci męskiej.
Rozmówczyni przemilczała tę wypowiedź i zasiadła na wolnej części mego ręcznika. Uczyniwszy to, oparła się swymi plecami o moje, pozwalając aby jej zimna skóra zetknęła się z gorącem mej.
– Dopiero przyszłaś? – wyrwało mi się.
– Nie. Jestem ze znajomymi.
– Yhym… – wydałem z siebie uwalniając gęsty dym z płuc – Nie będą się martwić, iż zniknęłaś?
– Raczej nie. – wzruszyła ramionami.
– Słabo cię kochają.
– A ty? – zabrzmiała poważnie.
– Miłość, którą cię darzę jest zaprawdę nieopisana i specyficzna tylko dla nas dwoje. Masz w moim serduszku specjalne miejsce, którego nikt nigdy ci nie odbierze. Choćbym oczarowany został uczuciem mocniejszym, większym, czy głębszym, możesz mieć pewność, iż burza emocji, którymi cię darzę, nigdy nie ucichnie. – rzekłem balansując tonem głosu na granicy ironii.
Nie wiedziała, cóż mi odpowiedzieć. W końcu jeśli było to tylko zwykłe nabijanie się, wyszłaby na głupią. Jeśli zaś całkowita prawda, to któż znał słowa, które mogłyby odrzec na to wyznanie? Przecież to było tak skomplikowane…
– Pasuje ci ten strój. – przerwałem ciszę.
– Dziękuję. – odrzekła kładąc głowę na kolanach i zaplatając ręce pod udami, jakby nagle zechciała zmienić się w niewidoczny kłębek – Tobie też.
Usłyszawszy to, począłem się śmiać.
– Ma ksiądz piękne nogi… – mruknąłem do siebie, podnosząc się do siadu i wyciągając z uszu słuchawki.
Wtem czar mej introwertycznej bańki pękł, pozwalając otoczeniu, zalać me zmysły.
– Hej. – słodki niczym lukrecja głos rozbrzmiał w mych uszach.
Westchnąłem, czując jak jestestwo za moimi plecami, wysysa ze mnie całą moją radość i energię, rozsiewając przy tym tak znajomy i charakterystyczny zapach, iż zaczynała mnie od niego boleć głowa. Odruchowo sięgnąłem do plecaka, z którego wyciągnąłem papierosy i zapalniczkę.
– Hej. – odparłem odpaliwszy jednego.
– Gdzie twój płaszcz? – zagaiła dziewczyna.
– Tam gdzie twe ciuchy. – rzuciłem kąśliwie.
– Nie podoba ci się? – zadając to pytanie, wykonała jakiś ruch, który miałby sens, gdybym na nią spoglądał.
– Po prostu… Widzę za dużo. Nie, abym nie pragnął. – nie wiedziałem jak ubrać swe odczucia w słowa – Tylko nie w taki sposób.
Wtem czar mej introwertycznej bańki pękł, pozwalając otoczeniu, zalać me zmysły.
– Hej. – słodki niczym lukrecja głos rozbrzmiał w mych uszach.
Westchnąłem, czując jak jestestwo za moimi plecami, wysysa ze mnie całą moją radość i energię, rozsiewając przy tym tak znajomy i charakterystyczny zapach, iż zaczynała mnie od niego boleć głowa. Odruchowo sięgnąłem do plecaka, z którego wyciągnąłem papierosy i zapalniczkę.
– Hej. – odparłem odpaliwszy jednego.
– Gdzie twój płaszcz? – zagaiła dziewczyna.
– Tam gdzie twe ciuchy. – rzuciłem kąśliwie.
– Nie podoba ci się? – zadając to pytanie, wykonała jakiś ruch, który miałby sens, gdybym na nią spoglądał.
– Po prostu… Widzę za dużo. Nie, abym nie pragnął. – nie wiedziałem jak ubrać swe odczucia w słowa – Tylko nie w taki sposób.
Rozmówczyni przemilczała tę wypowiedź i zasiadła na wolnej części mego ręcznika. Uczyniwszy to, oparła się swymi plecami o moje, pozwalając aby jej zimna skóra zetknęła się z gorącem mej.
– Dopiero przyszłaś? – wyrwało mi się.
– Nie. Jestem ze znajomymi.
– Yhym… – wydałem z siebie uwalniając gęsty dym z płuc – Nie będą się martwić, iż zniknęłaś?
– Raczej nie. – wzruszyła ramionami.
– Słabo cię kochają.
– A ty? – zabrzmiała poważnie.
– Miłość, którą cię darzę jest zaprawdę nieopisana i specyficzna tylko dla nas dwoje. Masz w moim serduszku specjalne miejsce, którego nikt nigdy ci nie odbierze. Choćbym oczarowany został uczuciem mocniejszym, większym, czy głębszym, możesz mieć pewność, iż burza emocji, którymi cię darzę, nigdy nie ucichnie. – rzekłem balansując tonem głosu na granicy ironii.
Nie wiedziała, cóż mi odpowiedzieć. W końcu jeśli było to tylko zwykłe nabijanie się, wyszłaby na głupią. Jeśli zaś całkowita prawda, to któż znał słowa, które mogłyby odrzec na to wyznanie? Przecież to było tak skomplikowane…
– Pasuje ci ten strój. – przerwałem ciszę.
– Dziękuję. – odrzekła kładąc głowę na kolanach i zaplatając ręce pod udami, jakby nagle zechciała zmienić się w niewidoczny kłębek – Tobie też.
Usłyszawszy to, począłem się śmiać.
– To się nazywa komplement. – rzuciłem, skończywszy.
Po tym odetchnąłem głęboko, czując ja moja radość wraca.
Po tym odetchnąłem głęboko, czując ja moja radość wraca.
– Coś mi się wydaje, iż będę za tobą tęsknił. – wyznałem.
– Dlaczego? – zdziwiła się.
– Gdyż skończyłem tu swoją pracę i wyjeżdżam. – tym razem to ja wzruszyłem ramionami.
– Ale… – nie wiedziała co może powiedzieć, choć bardzo chciała.
– Może kiedyś się jeszcze spotkamy.
– Może… – mruknęła.
Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy, podczas której zauważyłem, iż wypaliłem swego papierosa. Oparłem się pokusie, odpalenia kolejnego i schowałem papierośnicę, jak również zapalniczkę z powrotem do plecaka.
– Naprawdę jesteś detektywem? – zapytała znienacka.
– Tak mówi moja legitymacja. – odparłem, pozwalając sobie oprzeć się mocniej o plecy mej rozmówczyni – Chociaż nigdy nie skończyłem żadnej szkoły, czy akademii.
– Czyli… – chciała uprościć mą wypowiedź, lecz jej nie pozwoliłem.
– Byłem kimś w rodzaju konsultanta, po tym jak w końcu ogarnęli, iż nie pracowałem dla policji. Taka zwariowana historia mojej młodości.
– Yhym… – wydała z siebie, nie do końca rozumiejąc moje słowa.
– Ogólnie kiedyś miałem coś, co można by nazwać normalnym życiem. – westchnąłem z nostalgią.
– Co się stało?
– Miałem wypadek i moje życie się posypało. – powiedziawszy to zacisnąłem zęby.
– Przykro mi. – rzekła zasmucona.
Ponownie zawitało pomiędzy nami milczenie, a mnie uderzyło nieopanowane pragnienie wypełnienia swoich płuc dymem. Wyciągnąłem więc papierosa z plecaka i odpaliłem go. Po niedługiej kontemplacji, postanowiłem się odezwać, aczkolwiek zostałem ubiegnięty.
– Rozwiązałeś tę sprawę, którą się zajmowałeś?
– Nie, lecz to i tak nie miało znaczenia. – odparłem.
– Dlaczego? – zaciekawiła się.
– Przybyłem tu pomóc zagubionym duszom, odnaleźć swoją drogę i to zrobiłem. Reszta okazała się niepowiązana. – wyjaśniłem.
– Nie boisz się? – zbiła mnie z tropu.
– Czego?
– Tych duchów – doprecyzowała.
Uśmiechnąłem się.
– Gdybym się nie bał, trudno byłoby mi nazywać się człowiekiem. Poza tym… Nie ma się czego bać. One są zagubione. Nie pragną krzywdzić, a nawet jeśli, nie mogą. Większość przynajmniej.
– A ta mniejszość?
– To specjalne przypadki. – odrzekłem tylko, ucinając temat.
– A opętania? – znowu zaczynała mnie irytować swą wścibskością.
– Zdarzają się. – w moim głosie ewidentnie kłębiło się rozgoryczenie – Nie martw się. Najwyżej złapiesz chrypkę, nim duch straci siły i cię opuści.
– Czyli… – rozpoczynała nowe pytanie, gdy w końcu nie wytrzymałem.
– Czyli nie ważne. – zamknąłem jej usta niezbyt przyjaźnie.
Nagle coś mnie uderzyło. Od jakiegoś czasu czułem się klaustrofobicznie. Otoczenie oddzielone ode mnie było jakby jakimś murem. Dopiero świadomość tego faktu, przywróciła przestrzeń do mojej świadomości. Szum wody. Krzyki i rozmowy ludzi. Oślepiające promienie słońca, rozświetlające żółty piach pod mymi stopami. Jak mogłem się tak zatracić?
– Każdy ma swoje niebo. Dla niektórych jest to bycie ptakiem przecinającym nieboskłon, czy rybą pływającą w stawie. Pewni stają się porywistym wiatrem. Inni wodą, która czeka nocą w szklance dla ciebie. Wszystko co cię otacza, jest czyimś niebem. To naprawdę piękne. – odezwałem się, zmieniając temat – Jak myślisz? Co jest twoim?
– Ty jesteś moim niebem. – odrzekła bez zawahania, wywołując u mnie śmiech.
– To słodkie, ale problematyczne. – uświadomiłem ją.
– Dlaczego? – oburzyła się.
– Hmm… – zamyśliłem się na moment – Nie wiem. Aczkolwiek sprowadzając to do mej pracy, silne uczucia i uwolnione z okowów ciała dusze, to nic dobrego.
– Mogłabym cię skrzywdzić? – zmartwiła się.
– Jeśli nie opuściłabyś tego świata? Jedno ciało, to za mało na dwa duchy. Gdybym był normalnym człowiekiem, zapewne tak. – odrzekłem, czując iż wkroczyłem w temat, nad którym można dywagować bez końca.
– Nie jesteś normalny? – zapytała głupkowato.
– Nie. Jestem wyjątkowy. – rzuciłem i zaśmiawszy się, dodałem – W zasadzie jak każdy.
– Nie rozumiem cię. – odparła przeciągając się.
– Ja też nie. – mówiłem, nie mogąc powstrzymać śmiechu.
– Ech… – westchnęła, podnosząc się – Za długo siedziałam na słońcu. Pójdę ochłonąć do wody.
– Idź – powiedziałem, wyrzucając trzymany w dłoniach niedopałek.
Po tym zamknąłem oczy i położyłem się, by powylegać się jeszcze w blasku słońca.
– Dlaczego? – zdziwiła się.
– Gdyż skończyłem tu swoją pracę i wyjeżdżam. – tym razem to ja wzruszyłem ramionami.
– Ale… – nie wiedziała co może powiedzieć, choć bardzo chciała.
– Może kiedyś się jeszcze spotkamy.
– Może… – mruknęła.
Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy, podczas której zauważyłem, iż wypaliłem swego papierosa. Oparłem się pokusie, odpalenia kolejnego i schowałem papierośnicę, jak również zapalniczkę z powrotem do plecaka.
– Naprawdę jesteś detektywem? – zapytała znienacka.
– Tak mówi moja legitymacja. – odparłem, pozwalając sobie oprzeć się mocniej o plecy mej rozmówczyni – Chociaż nigdy nie skończyłem żadnej szkoły, czy akademii.
– Czyli… – chciała uprościć mą wypowiedź, lecz jej nie pozwoliłem.
– Byłem kimś w rodzaju konsultanta, po tym jak w końcu ogarnęli, iż nie pracowałem dla policji. Taka zwariowana historia mojej młodości.
– Yhym… – wydała z siebie, nie do końca rozumiejąc moje słowa.
– Ogólnie kiedyś miałem coś, co można by nazwać normalnym życiem. – westchnąłem z nostalgią.
– Co się stało?
– Miałem wypadek i moje życie się posypało. – powiedziawszy to zacisnąłem zęby.
– Przykro mi. – rzekła zasmucona.
Ponownie zawitało pomiędzy nami milczenie, a mnie uderzyło nieopanowane pragnienie wypełnienia swoich płuc dymem. Wyciągnąłem więc papierosa z plecaka i odpaliłem go. Po niedługiej kontemplacji, postanowiłem się odezwać, aczkolwiek zostałem ubiegnięty.
– Rozwiązałeś tę sprawę, którą się zajmowałeś?
– Nie, lecz to i tak nie miało znaczenia. – odparłem.
– Dlaczego? – zaciekawiła się.
– Przybyłem tu pomóc zagubionym duszom, odnaleźć swoją drogę i to zrobiłem. Reszta okazała się niepowiązana. – wyjaśniłem.
– Nie boisz się? – zbiła mnie z tropu.
– Czego?
– Tych duchów – doprecyzowała.
Uśmiechnąłem się.
– Gdybym się nie bał, trudno byłoby mi nazywać się człowiekiem. Poza tym… Nie ma się czego bać. One są zagubione. Nie pragną krzywdzić, a nawet jeśli, nie mogą. Większość przynajmniej.
– A ta mniejszość?
– To specjalne przypadki. – odrzekłem tylko, ucinając temat.
– A opętania? – znowu zaczynała mnie irytować swą wścibskością.
– Zdarzają się. – w moim głosie ewidentnie kłębiło się rozgoryczenie – Nie martw się. Najwyżej złapiesz chrypkę, nim duch straci siły i cię opuści.
– Czyli… – rozpoczynała nowe pytanie, gdy w końcu nie wytrzymałem.
– Czyli nie ważne. – zamknąłem jej usta niezbyt przyjaźnie.
Nagle coś mnie uderzyło. Od jakiegoś czasu czułem się klaustrofobicznie. Otoczenie oddzielone ode mnie było jakby jakimś murem. Dopiero świadomość tego faktu, przywróciła przestrzeń do mojej świadomości. Szum wody. Krzyki i rozmowy ludzi. Oślepiające promienie słońca, rozświetlające żółty piach pod mymi stopami. Jak mogłem się tak zatracić?
– Każdy ma swoje niebo. Dla niektórych jest to bycie ptakiem przecinającym nieboskłon, czy rybą pływającą w stawie. Pewni stają się porywistym wiatrem. Inni wodą, która czeka nocą w szklance dla ciebie. Wszystko co cię otacza, jest czyimś niebem. To naprawdę piękne. – odezwałem się, zmieniając temat – Jak myślisz? Co jest twoim?
– Ty jesteś moim niebem. – odrzekła bez zawahania, wywołując u mnie śmiech.
– To słodkie, ale problematyczne. – uświadomiłem ją.
– Dlaczego? – oburzyła się.
– Hmm… – zamyśliłem się na moment – Nie wiem. Aczkolwiek sprowadzając to do mej pracy, silne uczucia i uwolnione z okowów ciała dusze, to nic dobrego.
– Mogłabym cię skrzywdzić? – zmartwiła się.
– Jeśli nie opuściłabyś tego świata? Jedno ciało, to za mało na dwa duchy. Gdybym był normalnym człowiekiem, zapewne tak. – odrzekłem, czując iż wkroczyłem w temat, nad którym można dywagować bez końca.
– Nie jesteś normalny? – zapytała głupkowato.
– Nie. Jestem wyjątkowy. – rzuciłem i zaśmiawszy się, dodałem – W zasadzie jak każdy.
– Nie rozumiem cię. – odparła przeciągając się.
– Ja też nie. – mówiłem, nie mogąc powstrzymać śmiechu.
– Ech… – westchnęła, podnosząc się – Za długo siedziałam na słońcu. Pójdę ochłonąć do wody.
– Idź – powiedziałem, wyrzucając trzymany w dłoniach niedopałek.
Po tym zamknąłem oczy i położyłem się, by powylegać się jeszcze w blasku słońca.
Komentarze
Prześlij komentarz