Sprawa Żaka - Fragment XXVIII
Charakterystyczny zapach drewna i kadzidła uderzył me nozdrza, gdy tylko przekroczyłem próg świątyni.
– Szczęść Boże! – zawołałem do młodego księdza, wychodzącego właśnie z konfesjonału.
– Szczęść Boże. – odparł ten, zdezorientowany, a gdy mnie dostrzegł odetchnął z ulgą i podszedł – Jak się pan czuje?
– Wyśmienicie. – wyznałem szczerze.
– Przykro mi, iż pana nie odwiedziłem, ale mam tu wszystko na głowie, od kiedy jestem tu sam.
– To wyjaśnia dlaczego nigdy nie widziałem tu innego księdza. – mruknąłem pod nosem.
– Może usiądziemy w zakrystii? – zaproponował – Napije się pan kawy, czy herbaty.
– Chętnie – odrzekłem, spoglądając z ciekawości w stronę ołtarza, aby sprawdzić, czy brązowe kocisko dalej go okupuje.
– Szczęść Boże. – odparł ten, zdezorientowany, a gdy mnie dostrzegł odetchnął z ulgą i podszedł – Jak się pan czuje?
– Wyśmienicie. – wyznałem szczerze.
– Przykro mi, iż pana nie odwiedziłem, ale mam tu wszystko na głowie, od kiedy jestem tu sam.
– To wyjaśnia dlaczego nigdy nie widziałem tu innego księdza. – mruknąłem pod nosem.
– Może usiądziemy w zakrystii? – zaproponował – Napije się pan kawy, czy herbaty.
– Chętnie – odrzekłem, spoglądając z ciekawości w stronę ołtarza, aby sprawdzić, czy brązowe kocisko dalej go okupuje.
Ujrzawszy go tam, leżącego jak gdyby nigdy nic, ruszyłem z rozmówcą do omawianego pomieszczenia.
– Kawy, czy herbaty? – zapytał, gdy dotarliśmy na miejsce.
– Herbaty. – rzuciłem siadając.
– Herbaty. – rzuciłem siadając.
Przyglądając się mężczyźnie przygotowującemu dwa napary, zbierałem w głowie wspomnienia z ostatnich dni, aby za moment przedstawić skróconą wersję wydarzeń.
– Skończyłem tu moją pracę. – odezwałem się w końcu.
– Może się pan śmiać, ale tak myślałem. – odparł rozmówca, nalewając wrzątku do kubków – Choć bardziej powinienem powiedzieć, iż poczułem. Nie wiem jak to określić, ale powietrze jest jakieś takie lekkie. Łatwiej się oddycha. Człowiek nie jest taki zmęczony. Rozumie pan?
– Oczywiście. – mówiąc to, odebrałem podawaną mi herbatę.
– Może się pan śmiać, ale tak myślałem. – odparł rozmówca, nalewając wrzątku do kubków – Choć bardziej powinienem powiedzieć, iż poczułem. Nie wiem jak to określić, ale powietrze jest jakieś takie lekkie. Łatwiej się oddycha. Człowiek nie jest taki zmęczony. Rozumie pan?
– Oczywiście. – mówiąc to, odebrałem podawaną mi herbatę.
Niespodziewanie odezwał się dźwięk wibrującego telefonu, zaległego na biurku.
– Najmocniej przepraszam. – speszył się ksiądz i spojrzawszy kto dzwoni dodał – Pan wybaczy.
Po tym odebrał połączenie i odszedł kawałek. Rozmowa nie trwała krótko i nie miała dla mnie żadnej istotności. Jednak rozmówca stwierdził, iż musi mnie doinformować i w chwili jej zakończenia, rzekł:
Po tym odebrał połączenie i odszedł kawałek. Rozmowa nie trwała krótko i nie miała dla mnie żadnej istotności. Jednak rozmówca stwierdził, iż musi mnie doinformować i w chwili jej zakończenia, rzekł:
– To z chóru.
– Jakiś problem? – zagaiłem.
– Nie… – westchnął, odkładając telefon – Chociaż przydał by mi się ktoś do pomocy.
– Czemu nie przyślą tu kolejnego księdza?
– W zasadzie jest nas tu trzech. Tylko proboszcz wyjechał do Rzymu, a brat Gabriel wcześniej na misję. – wyjaśnił, a następnie powrócił do poprzedniego tematu – Mówił pan, iż skończył.
– Tak. W zasadzie spiszę szczegółowy raport i oddam go w księdza ręce. Chciałem jedynie nakreślić ogólnie sytuację, aby nie musiał ksiądz czekać.
– Bardzo dobrze pan pomyślał. – rzekł, nie mogąc się doczekać, aż wszystkiego się dowie.
– Zaczynając od początku, przyszedłem tu ze względu na plotki o duchu samobójczyni, co ksiądz wie. Poradziłem sobie z nim i przyszedłem do księdza. Tu spotkałem kolejnego ducha, którego powierzyłem księdzu. Nie przemyślałem tego jednak i musiałem „ratować” księdza od opętania.
– Tak… – mruknął zawstydzony rozmówca, a następnie wziął łyk naparu.
– Miałem jeszcze do poradzenia sobie z duszą okupującą fontannę, gdy zacząłem zagłębiać się w tę sprawę, która miała być moją przykrywką. Wtedy wydawało mi się podejrzane, iż tyle tu tak silnych duchów i połączyłem fakty. Postanowiłem rozgrzebać nieco tę historię pani Agaty, myśląc, iż dzieje się tu coś większego. Gdy dowiedziałem się, iż jest Pustą, zacząłem myśleć. Pierwszym, co przyszło mi do głowy, to iż jej ciało zostało opętane, gdy jej dusza odchodziła.
– Dlatego chciał pan rozmawiać z świętej pamięci wielebnym Ryszardem. – zauważył.
– Też. Miałem nadzieję na poznanie jego wersji wydarzeń i poukładanie sobie wszystkiego. W końcu istniała też opcja, iż nie było żadnego opętania.
– Co ma pan na myśli? – zaniepokoił się.
– Teoretycznie jej dusza mogła zostać wyegzorcyzmowana.
– Żartuje pan?! – zdziwił się tak bardzo, iż niemal spadł z krzesła.
– Tak, czy siak. Tu mi się trop urwał, a tak przynajmniej myślałem. Na szczęście odnalazłem chłopaka, z którym pani Agata podobno miała romans, czy coś. On nic mi nie pomógł, ale jego dziewczyna wskazała mi pewne miejsce, do którego natychmiast się udałem.
– Znalazł tam pan coś istotnego? – opowiadane przeze mnie wydarzenia, niezwykle pochłonęły mego rozmówcę.
– Oprócz tłumu kotów i tego… – wypowiedziawszy te słowa, wyciągnąłem z kieszeni fragment wiertła – ...nic.
– Zaraz – ksiądz poderwał się, widząc ten przedmiot i po chwili wyją dwa podobne z szafki – Jedno miał pan w ręce, gdy znaleźliśmy pana nieprzytomnego w prosektorium. Drugie znalazłem w ławce, gdzie był duch staruszki.
– Jakiś problem? – zagaiłem.
– Nie… – westchnął, odkładając telefon – Chociaż przydał by mi się ktoś do pomocy.
– Czemu nie przyślą tu kolejnego księdza?
– W zasadzie jest nas tu trzech. Tylko proboszcz wyjechał do Rzymu, a brat Gabriel wcześniej na misję. – wyjaśnił, a następnie powrócił do poprzedniego tematu – Mówił pan, iż skończył.
– Tak. W zasadzie spiszę szczegółowy raport i oddam go w księdza ręce. Chciałem jedynie nakreślić ogólnie sytuację, aby nie musiał ksiądz czekać.
– Bardzo dobrze pan pomyślał. – rzekł, nie mogąc się doczekać, aż wszystkiego się dowie.
– Zaczynając od początku, przyszedłem tu ze względu na plotki o duchu samobójczyni, co ksiądz wie. Poradziłem sobie z nim i przyszedłem do księdza. Tu spotkałem kolejnego ducha, którego powierzyłem księdzu. Nie przemyślałem tego jednak i musiałem „ratować” księdza od opętania.
– Tak… – mruknął zawstydzony rozmówca, a następnie wziął łyk naparu.
– Miałem jeszcze do poradzenia sobie z duszą okupującą fontannę, gdy zacząłem zagłębiać się w tę sprawę, która miała być moją przykrywką. Wtedy wydawało mi się podejrzane, iż tyle tu tak silnych duchów i połączyłem fakty. Postanowiłem rozgrzebać nieco tę historię pani Agaty, myśląc, iż dzieje się tu coś większego. Gdy dowiedziałem się, iż jest Pustą, zacząłem myśleć. Pierwszym, co przyszło mi do głowy, to iż jej ciało zostało opętane, gdy jej dusza odchodziła.
– Dlatego chciał pan rozmawiać z świętej pamięci wielebnym Ryszardem. – zauważył.
– Też. Miałem nadzieję na poznanie jego wersji wydarzeń i poukładanie sobie wszystkiego. W końcu istniała też opcja, iż nie było żadnego opętania.
– Co ma pan na myśli? – zaniepokoił się.
– Teoretycznie jej dusza mogła zostać wyegzorcyzmowana.
– Żartuje pan?! – zdziwił się tak bardzo, iż niemal spadł z krzesła.
– Tak, czy siak. Tu mi się trop urwał, a tak przynajmniej myślałem. Na szczęście odnalazłem chłopaka, z którym pani Agata podobno miała romans, czy coś. On nic mi nie pomógł, ale jego dziewczyna wskazała mi pewne miejsce, do którego natychmiast się udałem.
– Znalazł tam pan coś istotnego? – opowiadane przeze mnie wydarzenia, niezwykle pochłonęły mego rozmówcę.
– Oprócz tłumu kotów i tego… – wypowiedziawszy te słowa, wyciągnąłem z kieszeni fragment wiertła – ...nic.
– Zaraz – ksiądz poderwał się, widząc ten przedmiot i po chwili wyją dwa podobne z szafki – Jedno miał pan w ręce, gdy znaleźliśmy pana nieprzytomnego w prosektorium. Drugie znalazłem w ławce, gdzie był duch staruszki.
W tym momencie wyjąłem z kieszeni, pozostałe dwa kawałki wiertła i położyłem na biurku.
– Zaklęta w nich była jakaś dusza. To ona przyciągnęła tu te duchy. – oświadczyłem dumny ze swego odkrycia.
– Rozumiem… I to się jakoś łączy z sprawą pani Agaty? – zapytał, znów zbijając mnie z piedestału.
– Nie mam pojęcia. – przyznałem się – Jest takie prawdopodobieństwo, aczkolwiek nie sądzę, iż ma to teraz jakąś istotność. Cokolwiek było zaklęte w tych rzeczach, powinno być już w lepszym lub gorszym miejscu.
– Więc to tyle?
– Tyle. – odetchnąłem i wziąłem łyk herbaty, po którym dodałem – I chyba pojadę na prawdziwy urlop.
– Dzięki Ci Panie… – rzucił rozmówca z ulgą, ale też zmieszaniem.
– Niech się ksiądz uśmiechnie. Jest dobrze. – spróbowałem poprawić mu humor.
– Wie pan co? Chyba też muszę udać się na jakiś urlop. – rzekł, przecierając twarz.
– Myśli ksiądz o jakimś konkretnym miejscu?
– Nie… Chociaż, póki nikt nie wróci, to mogę sobie pomarzyć. – po tych słowach zrobił pauzę, jakby coś właśnie przyszło mu do głowy – Najwyżej mogę przejść się nad rzekę.
– Nad rzekę? – zaciekawiłem się.
– Jak się kończy teren uczelni i zaczyna las, jest kawałek piaszczystego brzegu. Studenci tam często chodzą, gdy jest ciepło. – wyjaśnił.
– Może ja też się tam przejdę.
– Polecam. Możne pan nawet popływać, jeśli ma pan taką ochotę. – poradził.
– Yhym… Przemyślę to. – mówiąc te słowa, podniosłem się i podszedłem do drzwi – Teraz zaś muszę się pożegnać, gdyż za długo nie jadłem nic porządnego i po prostu umieram z głodu. Do widzenia.
– Do widzenia. – usłyszałem, przekraczając próg.
– Rozumiem… I to się jakoś łączy z sprawą pani Agaty? – zapytał, znów zbijając mnie z piedestału.
– Nie mam pojęcia. – przyznałem się – Jest takie prawdopodobieństwo, aczkolwiek nie sądzę, iż ma to teraz jakąś istotność. Cokolwiek było zaklęte w tych rzeczach, powinno być już w lepszym lub gorszym miejscu.
– Więc to tyle?
– Tyle. – odetchnąłem i wziąłem łyk herbaty, po którym dodałem – I chyba pojadę na prawdziwy urlop.
– Dzięki Ci Panie… – rzucił rozmówca z ulgą, ale też zmieszaniem.
– Niech się ksiądz uśmiechnie. Jest dobrze. – spróbowałem poprawić mu humor.
– Wie pan co? Chyba też muszę udać się na jakiś urlop. – rzekł, przecierając twarz.
– Myśli ksiądz o jakimś konkretnym miejscu?
– Nie… Chociaż, póki nikt nie wróci, to mogę sobie pomarzyć. – po tych słowach zrobił pauzę, jakby coś właśnie przyszło mu do głowy – Najwyżej mogę przejść się nad rzekę.
– Nad rzekę? – zaciekawiłem się.
– Jak się kończy teren uczelni i zaczyna las, jest kawałek piaszczystego brzegu. Studenci tam często chodzą, gdy jest ciepło. – wyjaśnił.
– Może ja też się tam przejdę.
– Polecam. Możne pan nawet popływać, jeśli ma pan taką ochotę. – poradził.
– Yhym… Przemyślę to. – mówiąc te słowa, podniosłem się i podszedłem do drzwi – Teraz zaś muszę się pożegnać, gdyż za długo nie jadłem nic porządnego i po prostu umieram z głodu. Do widzenia.
– Do widzenia. – usłyszałem, przekraczając próg.
Komentarze
Prześlij komentarz