Sprawa Żaka - Fragment XXVII
Wezbrawszy świeżego, miastowego powietrza w płuca, utwierdziłem się po raz kolejny w poczuciu pełni sił. Czas jaki spędziłem w szpitalu wlał we mnie nowe życie, które diametralnie różniło się od wyniszczenia, w którym ostatnimi czasy się nurzałem. Wszystko było takie piękne. Słońce świeciło. Delikatny wiaterek czochrał me włosy. Niemal jak w bajce. Niestety z tyłu głowy tliła się myśl, która jak zawsze musiała wszystko popsuć. Westchnąłem ciężko i odruchowo sięgnąłem do kieszeni, by zaspokoić zew nałogu. Ku swojemu niezadowoleniu, w połowie ruchu, przypomniałem sobie, iż moje papierosy zostały w mieszkaniu. Westchnąłem więc po raz kolejny i przetarłszy twarz, ruszyłem w kierunku uczelni. Przez moment pomyślałem, iż mógłbym wziąć taksówkę, lecz zawalczywszy z lenistwem, stwierdziłem, iż spacer będzie lepszym wyborem.
Pierwszą rzeczą, która uderzyła me zmysły, gdy przekroczyłem bramę stanowiącą wejście na teren uczelni, był delikatny posmak odświeżającej mięty. Był on tak kojący i pobudzający, iż uśmiech sam wpełzał mi na oblicze. Wziąłem głęboki wdech i przymknąłem na moment oczy. Wiedziałem już, iż moja praca w tym miejscu została zakończona. Musiałem się jeszcze tylko upewnić i zdać raport. Rozwarłem więc powieki i już miałem ruszać ku dobrze znanej mi fontannie, gdy zobaczyłem ocierającego się o moje nogi rudego kota. Zechciałem odsunąć go stopą, aczkolwiek ten chyba wyczuł me zamiary i odsunął się trochę. Mając wolne pole manewru, zacząłem iść. Po kilku krokach zorientowałem się, iż zwierzak podąża za mną. W pierwszym momencie chciałem się go jakoś pozbyć, ale w końcu go zignorowałem i skupiłem się na swoim celu.
Dotarcie do niego, jak i pobyt w jej pobliżu, nie zajęły mi zbyt wiele czasu. Wiedząc, iż mógłbym spędzić tu dłuższą chwilę, zawalczyłem z sobą i gdy tylko upewniłem się, iż w miejscu tym nie było już żadnych zbłąkanych dusz, skierowałem się ku prosektorium. Oczywiście droga do niego prowadziła przez moje ulubione miejsce na tej uczelni, czyli jak zdążyłem sobie ją ochrzcić, miłosną kładkę. Nic nie mogło oddać tego jak ceniłem sobie tę lokację przepełnioną uczuciami, które niczym najlepszy trunek uderzały do głowy i rozluźniały mięśnie. Nic też nie mogło ukazać mej boleści, gdy tak po prostu musiałem tamtędy przejść, nie zatrzymując się. W końcu dotarłem, gdzie zmierzałem i mimo, iż nie dostałem się bezpośrednio do sal prosektoryjnych, a jedynie wkroczyłem do korytarzy do nich prowadzących, mogłem stwierdzić, iż wszystko było tak jak być powinno. Teraz czekało mnie tylko jedno miejsce do odwiedzenia.
Słońce górujące nad jasnym błękitem nieboskłonu, przyozdobionego nielicznymi obłokami chmur, zdawało się być niczym malowane. Musiałem aż przetrzeć oczy, by upewnić się, iż spoglądam na rzeczywistość. Choć prawdę powiedziawszy wiedziałem, iż nie do końca tak było. Przynajmniej nie dla większości ludzi. Ich rzeczywistość, była dla mnie tylko fragmentem całości, której nawet ja nie mogłem pojąć. Całe to rozmyślanie sprawiło, iż nagle poczułem się malutki i nieistotny. Odrzuciłem więc od siebie wszystkie myśli i otrząsnąłem się nieco. Nieco się zasiedziałem. Dlatego też wziąłem głęboki wdech i stanąłem na równe nogi. Widząc mroczki przed oczami, cofnąłem się kilka kroków do tyłu, aby nie ryzykować upadku. Następnie ziewnąłem i przeciągnąłem się. Skończywszy odwróciłem się na pięcie i ruszyłem do drzwi, dzięki którym miałem opuścić dach, na którym się znajdowałem.
Pierwszą rzeczą, która uderzyła me zmysły, gdy przekroczyłem bramę stanowiącą wejście na teren uczelni, był delikatny posmak odświeżającej mięty. Był on tak kojący i pobudzający, iż uśmiech sam wpełzał mi na oblicze. Wziąłem głęboki wdech i przymknąłem na moment oczy. Wiedziałem już, iż moja praca w tym miejscu została zakończona. Musiałem się jeszcze tylko upewnić i zdać raport. Rozwarłem więc powieki i już miałem ruszać ku dobrze znanej mi fontannie, gdy zobaczyłem ocierającego się o moje nogi rudego kota. Zechciałem odsunąć go stopą, aczkolwiek ten chyba wyczuł me zamiary i odsunął się trochę. Mając wolne pole manewru, zacząłem iść. Po kilku krokach zorientowałem się, iż zwierzak podąża za mną. W pierwszym momencie chciałem się go jakoś pozbyć, ale w końcu go zignorowałem i skupiłem się na swoim celu.
Dotarcie do niego, jak i pobyt w jej pobliżu, nie zajęły mi zbyt wiele czasu. Wiedząc, iż mógłbym spędzić tu dłuższą chwilę, zawalczyłem z sobą i gdy tylko upewniłem się, iż w miejscu tym nie było już żadnych zbłąkanych dusz, skierowałem się ku prosektorium. Oczywiście droga do niego prowadziła przez moje ulubione miejsce na tej uczelni, czyli jak zdążyłem sobie ją ochrzcić, miłosną kładkę. Nic nie mogło oddać tego jak ceniłem sobie tę lokację przepełnioną uczuciami, które niczym najlepszy trunek uderzały do głowy i rozluźniały mięśnie. Nic też nie mogło ukazać mej boleści, gdy tak po prostu musiałem tamtędy przejść, nie zatrzymując się. W końcu dotarłem, gdzie zmierzałem i mimo, iż nie dostałem się bezpośrednio do sal prosektoryjnych, a jedynie wkroczyłem do korytarzy do nich prowadzących, mogłem stwierdzić, iż wszystko było tak jak być powinno. Teraz czekało mnie tylko jedno miejsce do odwiedzenia.
Słońce górujące nad jasnym błękitem nieboskłonu, przyozdobionego nielicznymi obłokami chmur, zdawało się być niczym malowane. Musiałem aż przetrzeć oczy, by upewnić się, iż spoglądam na rzeczywistość. Choć prawdę powiedziawszy wiedziałem, iż nie do końca tak było. Przynajmniej nie dla większości ludzi. Ich rzeczywistość, była dla mnie tylko fragmentem całości, której nawet ja nie mogłem pojąć. Całe to rozmyślanie sprawiło, iż nagle poczułem się malutki i nieistotny. Odrzuciłem więc od siebie wszystkie myśli i otrząsnąłem się nieco. Nieco się zasiedziałem. Dlatego też wziąłem głęboki wdech i stanąłem na równe nogi. Widząc mroczki przed oczami, cofnąłem się kilka kroków do tyłu, aby nie ryzykować upadku. Następnie ziewnąłem i przeciągnąłem się. Skończywszy odwróciłem się na pięcie i ruszyłem do drzwi, dzięki którym miałem opuścić dach, na którym się znajdowałem.
Komentarze
Prześlij komentarz