Upadek - Fragment II
Powolne, acz silne skurcze komór i przedsionków
odliczały czas niczym tykanie zegara. Popiół już dawno przestał sypać z nieba.
Wszystko było takie szare. Takie nijakie. Bezsensowne… Nie miałem żadnego
powodu, aby wykonać choć najmniejszy ruch. Nie dręczył mnie głód. Nie
rozpraszały emocje. Nie dopadało znużenie. Mogłem tak trwać w nieskończoność.
To też czyniłem, póki drętwej
szarości nie rozproszyło żółte światło, które otuliło me ciało kojącym ciepłem.
Namiastka przyjemności, którą doznałem pobudziła me zmysły, sprawiając iż
bezmyślnie położyłem dłoń na witrażu, chcąc sięgnąć po więcej. Zahipnotyzowany,
w ogóle nie zwróciłem uwagi na krępego, humanoidalnego potwora, niosącego
źródło tego światła w postaci lampy, zawieszonej na drewnianym kosturze. Jedyne
co mnie przejmowało to nasilające się ciepło i obietnica błogości. Wstałem więc
czym prędzej i ruszyłem ku wyjściu. Nim jednak do niego dotarłem, bezlitosne
otrzeźwiło mój umysł. Straciłem bowiem światło z oczu. Stałem chwilę z pustką w
głowie, aż pragnienie przyjemności, nie pchnęło mnie do uchylenia drzwi. Przez
niewielką szczelinę me oko momentalnie otulone zostało ciepłem, które poczęło
rozchodzić się powoli po całym ciele. Chłód skąpanego w półmroku kościoła nie
pozwalał mu się jednak rozpanoszyć i znów mnie otumanić. Przez to zwróciłem
większą uwagę na pokrytą czarną jakby skorupą, krępą postać, która szponiastym
palcem, rozcinała klatkę piersiową jednego z kilkunastu otaczających ją,
półprzeźroczystych ludzi bez twarzy. Przerażony spoglądałem, jak powoli
wyciągała pobliźnione serce i delektowała się nim, podczas kiedy jej ofiara
kompletnie znikała.
Ogarnięty strachem i smagany
zimnem, które nie zostało jeszcze pokonane przez promienie światła wpadające
prze me oko, zamknąłem drzwi i upadłem wycieńczony na kolana.
Nie chcę umierać… Załkałem
bezgłośnie.
*****
Komentarze
Prześlij komentarz