Upadek - Fragment III
Płacz nigdy nie przynosił mi ulgi. Potęgował tylko wszystkie uczucia bałamucąc obietnicą ich zniknięcia. Nienawidziłem płakać. Mimo to nie mogłem się powstrzymać. Roniłem łzy gardząc sobą. Co gorsza, pośród ogarniającej mnie żałości, wyczuwałem nutkę nadziei, pragnienia, iż ktoś się pojawi. Ktoś przyjdzie, przytuli mnie i pozwoli mi zapomnieć o tym, iż jestem sam. W pustym kościele. W tłumie ludzi. W otoczeniu znajomych. Zawsze sam.
Krocząc przez obsypany popiołem świat, szukałem powrotu. Choć nawet nie
wiedziałem do czego miałbym wracać. Po prostu uczyniłem z tego sens istnienia.
Było to lepszym niż wieczne wgapianie się w podłogę pustego kościoła, prawda?
Przeszedłem szmat drogi. Mimo
to nie natknąłem się na nic istotnego. Tylko puste budynki i popiół. Jedyną
odmianą był park, na który się w pewnym momencie napatoczyłem. Porośnięty był
on w większości pnącymi się niemal do chmur drzewami. Dziwne, iż nie zauważyłem
go wcześniej. Chyba za rzadko podnosiłem wzrok. Mała, niezarośnięta polana w
jego centrum, posiadała ołtarz, utworzony przez korzenie, które wyrosły ponad
ziemię. Poza tym nie znajdowało się tu nic interesującego. Postanowiłem więc
kontynuować swoją tułaczkę. Wtem jednak niebo się obruszyło i ku ziemi poczęły
szybować płatki popiołu. Instynktownie obawiając się tego zjawiska pogodowego,
schroniłem się w wnęce, którą dostrzegłem w pniu jednego z drzew.
*****
Komentarze
Prześlij komentarz