Upadek - Fragment V
Kompletna cisza doprowadza do szaleństwa. Tak
przynajmniej stwierdziłem, gdy zaczęło mi się wydawać, iż słyszę. Krzyk?
Łkanie? Łzy spływające po policzkach i skapujące na ziemię? Serce szybciej
bijące? Ból utraty? Coś z tego i wszystko na raz. Wrażenie słuchowe docierające
do mnie gdzieś na skaju świadomości, które nie mogło być prawdziwe. Jednak nie
mogłem mu zaprzeczyć. Zapomniawszy więc o strachu, wyszedłem ostrożnie z wnęki
w drzewie i niczym dziecko stawiające pierwsze kroki, ruszyłem w poszukiwaniu
źródła tego dźwięku.
Mimo, iż brnąłem przez
ciemność, mój krok był pewny. Zupełnie jakby ktoś prowadził me stopy. Nie
zaprzątało to jednak mych myśli. Skupiałem się bardziej na tym, aby usłyszeć
coś, czego nie mogłem. Próbowałem odszukać czegoś, co mi umknęło. Co ciekawe,
czułem, iż jestem coraz bliżej. W pewnym momencie mrok począł się przerzedzać
za sprawą odległego żółtego światła. Dobrze wiedziałem co jest jego źródłem i
cóż czeka mnie, gdy do niego dotrę. Nie zawróciłem jednak, a wręcz odzyskawszy
tymczasowo wzrok, rzuciłem się w bieg. Pędziłem przed siebie, by w moment
zamarznąć w bezruchu. Dojrzałem bowiem pokrytego czarną skorupą potwora
trzymającego w jednej dłoni kostur z lampą, a drugą sięgającego ku piersi
półprzeźroczystej kobiety o śnieżnobiałym sercu. Nie mogłem bezczynnie stać i
się na to patrzeć. Zabawne. Nim o tym pomyślałem, już biegłem jej na ratunek.
Tylko nie wiedziałem jak niby miałbym ją uratować. Mój mózg próbował znaleźć
rozwiązanie. Niestety czynił tym tylko nic nie warty mętlik. Podświadomie
uczyniłem więc to, co zwykle, gdy gubiłem lub plątałem wątki.
Miecz.
W momencie, w którym
skończyłem formować tę myśl, ciąłem srebrnym ostrzem szponiastą rękę. Nim zaś
zdążyła upaść, rozpłatałem potwora od biodra do barku. Wraz z rannym potworem w
czarnym popiół upadła lampa, co znacznie osłabiło jej blask. To co zobaczyłem w
zaistniałym półmroku, złamało mi serce. Choć nie wiem dlaczego, gdyż nie mogłem
się spodziewać niczego innego prócz przerażenia na niewinnym obliczu
nieznajomej. Chciałem coś zrobić. Jakoś to naprawić. Tylko jej już nie było.
Uciekała w mrok, w którym nie mogłem jej odnaleźć. Ja zaś upadłem bezsilnie na
kolana, wypuszczając z ręki miecz. Byłem wyczerpany. Kątem oka dostrzegałem
czarne serce bijące w otwartej piersi potwora i nie wiedzieć czemu począłem
czuć niewyobrażalny głód.
Może powinienem był z tym
walczyć. Może powinienem się po prostu poddać. Byłem jednak taki zmęczony. Poza
tym… chyba niebo się obruszyło. Wyrwałem więc mięsień, pompujący gęsty, czarny
płyn i zanurzyłem w nim zęby. Czując niebywałą słodycz, pochłonąłem go w
niewyobrażalnym tempie. Skończywszy zaś, chciałem więcej. Nieoczekiwanie
ujrzałem w potworze drugie serce. Zwykłe. Pobliźnione. Bezmyślnie je pożarłem.
Mimo, a może właśnie dlatego, iż nie było tak słodkie, opanowałem głód. Teraz
pozostawało tylko jedno. Obróciłem truchło tak, by skierowane było raną do
ziemi i wpełzłem do jego wnętrza, by w ostatniej chwili uciec sypiącemu z chmur
popiołowi.
*****
Komentarze
Prześlij komentarz