Zjawa - Fragment III

Kolejnym miejscem, do którego detektyw pragnął się udać, była siedziba radia, w którym ofiara była redaktorem. Niestety nie mógł tego zrobić, nie ryzykując reperkusji. Udał się więc na most, gdzie znaleziono samochód, wtedy jeszcze uznawanego za zaginionego, Remigiusza.
            Dotarłszy na miejsce zaparkował auto na poboczu i wysiadłszy rozejrzał się. Złote słońce górujące na niebie, uderzało promieniami w spokojny strumień rzeki, czyniąc z niego mieniącego się węża, wpełzającego leniwie do pobliskiego lasu. Pomijając przejeżdżające co jakiś czas ciężarówki, było tu bardzo spokojnie.
            Idealne miejsce na porwanie.
            Słabe jednak na łowienie ryb. Poza tym zawartość pojazdu Remigiusza sugerowała, iż miał miejsce, w którym składował sprzęt do połowu. Detektyw podążył więc wzdłuż rzeki, do lasu, bacznie się rozglądając. Po około piętnastu minutach napotkał na swojej drodze niewielką szopę, którą postanowił zbadać. Jej wnętrze mimo, iż całkowicie zdemolowane, jasno wskazywało, iż była tym czego detektyw szukał. Znajdowała się tu bowiem metalowa szafka z zniszczonym zamkiem, której zawartość stanowiły żyłki, spławiki i inne takie. Poza tym nie było tu nic wyjątkowego. Stolik. Dwa krzesła. Jakieś sztućce. Potłuczone naczynia. Iście spartańskie warunki. Próby znalezienia tu jakiejś wskazówki były całkowicie bezcelowe. Detektyw westchnął więc przeciągle, po czym wyszedł na zewnątrz, gdzie zaskoczyło go nagłe pytanie, połączone z naładowaną i wycelowaną strzelbą.
            – Ktoś ty?
            – Mógłbym zapytać o to samo. – Spojrzał na nieznajomego, ubranego w moro. Po tym odchylił płaszcz, aby wyciągnąć z wewnętrznej kieszenie stosowne dokumenty. – Jestem detektywem.
            – Yhym… – mruknął mężczyzna, opuszczając broń. – Szuka pan mordercy Remiego.
            – Poniekąd. Znał pan Remigiusza?
            – Spędzaliśmy dość dużo czasu w swoim towarzystwie, ale żebym go znał, to nie powiem. Nie był zbyt rozmowny. Po prawdzie, to prawie w ogóle się nie odzywał. Lubił się za to napić. Dzięki temu był dobrym kompanem do łowienia ryb, czy polowania.
            – Polowaliście panowie razem?
            – Głownie to siedzieliśmy w ambonie, którą swoją drogą razem zbudowaliśmy i piliśmy, ale zdarzało się od czasu do czasu coś ustrzelić.
            – Często się panowie widywali?
            – Praktycznie w każdą niedzielę. Chociaż Remi czasami przyjeżdżał, aby posiedzieć sam w ambonie.
            – Mógłby mnie pan do niej zaprowadzić?
            – Oczywiście. Proszę za mną. – Myśliwy ruszył w stronę lasu.
            – Skąd pan wie, iż Remigiusz przesiadywał sam w ambonie? – Detektyw ruszył za nim.
            – Jak mówiłem Remi lubił się napić. Dlatego zrobił w ambonie mały schowek, gdzie trzymaliśmy alkohol. Zabawna historia w ogóle. Na początku myślałem, iż zapomniał gwoździ dobić – zaśmiał się.
            – Tak… Dlaczego przyszedł pan dziś nad rzekę?
            Myśliwy westchnął ciężko, zbierając myśli.
            – Żeby usiąść. Powspominać. Napić się za druha. Nawet żona mnie nie powstrzymywała. Bo wie pan. Miałem zawał niedawno. Leżałem w szpitalu, a potem żona nie chciała mnie wypuścić z domu. „Jedziesz tam tylko zachlać się na śmierć” mówiła jak udawało mi się postawić na swoim. Wie pan jak to jest.
            – Niezbyt.
            – Nie ma pan żony, dzieci?
            – Nie.
            – Niech pan żałuje. Niby to wieczne kłótnie i problemy, ale ich kocham. Dlatego regularnie uciekam do lasu, abyśmy się nie pozabijali – zaśmiał się kolejny raz.
            – Oczywiście. Daleko jeszcze?
            – Nie. To tam. – Wskazał palcem między drzewa. – Widzi pan?
            – Rzeczywiście. – Detektyw momentalnie wyłapał drewnianą budowlę.
            Gdy mężczyźni już do niej dotarli i wdrapali się na jej szczyt, myśliwy odchylił deskę w jednej ze ścian.
            – Gdy Remi tu przychodził, zawsze trochę ubywało – wyjaśnił, wyciągając butelkę ze skrytki i trzęsąc nią, jakby chcąc dokładniej sprawdzić pozostałą ilość wódki.
            – Logiczne. – Detektyw dokładnie obejrzał przedmiot. – Zauważył pan może coś dziwnego przed zaginięciem pana Remigiusza? Jakieś zmiany w jego zachowaniu? Może ktoś się kręcił tu, czy w pobliżu szopy?
            – Coś dziwnego? – mężczyzna zamyślił się na moment, a następnie rzekł niepewnie – Chyba nie…
            – Dobrze. Gdyby pan sobie coś…
            – Chociaż wie pan? Z takich dziwnych rzeczy, to zwierzęta ostatnimi czasy były jakieś niespokojne.
            – Rozumiem. Gdyby pan sobie przypomniał coś jeszcze, proszę przyjść na komisariat.
            – Oczywiście – odrzekł myśliwy, a wyczuwając niezręczną ciszę, która mogła pojawić się w każdej chwili dodał, unosząc nieco wódkę – To ja pójdę nad rzekę. Do widzenia.
            Następnie zszedł z ambony i odszedł. Detektyw zaś spojrzał z pustką w głowie ku znajdującej się niedaleko polanie. Następnego dnia miał pracować z jakąś kobietą. Jeśli w ogóle. Nie to, iż miał z tym jakiś wybitny problem, aczkolwiek preferował pracę w samotności.
            – No nic… – westchnął i już miał opuścić ambonę, gdy przyszło mu na myśl, sprawdzenie skrytki.
            A nuż Remigiusz mógł w niej coś u kryć. Sięgnął więc ręką między deski i dokładnie obmacał całą przestrzeń. Nic nie znalazłszy przyklęknął jeszcze i przeszukał niewielką przestrzeń utworzoną przez deskę, wchodzącą w ścianę drugim końcem. Ku zaskoczeniu jego palce trafiły na przedmiot, który po wyjęciu okazał się zalaminowanym zdjęciem. Zaciekawiony detektyw przyjrzał się mu i błyskawicznie rozpoznał na fotografii kilka, czy nawet kilkanaście lat młodszego Remigiusza, obok którego stało trzech mężczyzn i jedna kobieta. Dwóch z nich niczym się nie wyróżniało. Trzeci za to miał zasłoniętą połowę twarzy jakąś maską i zielone oczy, w których było coś dziwnego. Mimo, iż w kobiecie nie było nic wyjątkowego, detektyw nie mógł przestać się na nią patrzeć. Czuł bowiem jakąś odległą myśl, której nie mógł uchwycić. Niebywale się na niej skupiając, aż podskoczył, słysząc nagły wystrzał. Odruchowo sięgnął po broń i schował się za ścianą. Następnie zaczął nasłuchiwać dźwięków otoczenia, mając nadzieję, iż pomiędzy odgłosami spłoszonych zwierząt, usłyszy coś jeszcze. Problem w tym, iż nie słyszał żadnych uciekających zwierząt. Las był równie spokojny co kilka chwil wcześniej. Wychylił się więc zza swojej osłony i uważnie rozejrzał wkoło. Oprócz kilku saren spacerujących niedaleko, nie dostrzegł nic niepokojącego. Skonfundowany schował broń do kabury i stanął na równe nogi.
            Może mi się przesłyszało.
            Przed chwilą przysiągłby, iż ten dźwięk był tak realny jak on, aczkolwiek nachodziły go wątpliwości, czy w ogóle go usłyszał. Tak, czy siak pozostawanie w lesie, nie wydawało się w tej sytuacji dobrym pomysłem. Podniósł więc upuszczone zdjęcie i spojrzawszy na nie raz jeszcze, schował je do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Po tym rozejrzał się jeszcze wkoło, posłuchał otoczenia i w końcu zszedł z ambony, aby udać się do samochodu.


 *****

Fragment II

Spis treści

Fragment IV

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI