Zjawa - Fragment II
Wspinający się klatką
schodową detektyw był sprawcą miarowych stuknięć obcasów, które rozchodziły się
po przestrzeni leniwym echem. Miał wrażenie, iż idzie tak bez końca. Mimo to
nie zatrzymywał się, dzięki czemu dotarł w końcu na piętro o czerwonych,
pokrytych złotymi znakami ścianach. Idąc w kierunku mieszkania, dostrzegał na
końcu niezwykle długiego korytarza niewyraźny obraz upadającej kobiety. Niezbyt
przejęty tym odległym wydarzeniem, otworzył drzwi, do których właśnie podszedł
i wkroczył do objętego białym dymem salonu. Odruchowo zakaszlał i już miał
pójść otworzyć okno, gdy nagle za jego plecami pojawiła się wychudła postać w
masce przeciwgazowej.
– Wyluzuj… Weź głęboki wdech…
– wyszeptała, kładąc mu ręce na ramionach.
Detektyw podążył za tymi
radami i w kilka chwil poczuł się niebywale lekki. Jego chód był taki
delikatny, iż niemal frunął przez powietrze. Nie wiedząc kiedy został posadzony
na skórzanej kanapie, w którą począł zapadać się w nieskończoność.
Donośny
gwizd czajnika wyrwał detektywa z objęć snu. Lekko zdezorientowany chciał dać
sobie chwilę na ustalenie gdzie jest i co się dzieje. Ze względu na domagający
się uwagi czajnik, nie miał jednak na to szansy. Wstał więc i udał się do
kuchni, gdzie wyłączył kuchenkę i zalał wrzątkiem przygotowany kubek z kawą. W
czasie tego spojrzał przez okno na skąpany w blasku słońca świat i jak na
zawołanie wszystko ułożyło mu się w głowie. Po śniadaniu zmorzył go na moment
sen. Uzmysłowiwszy to sobie, westchnął krótko i przeszedł do sypialni, by się
ubrać. Następnie powrócił do salonu, ubrał buty i opuścił mieszkanie.
Znalazłszy się w typowym blokowym korytarzu z białymi ścianami, zamknął drzwi i
rozpoczął podróż do pracy.
Życie na komisariacie
wyglądało niemal jak co dzień. Jedyną różnicą była większa ilość dziennikarzy,
próbująca przeprowadzić wywiad z komendantem, czy zdobyć jakieś informacje od
pracowników. Rzuciliby się również na detektywa, gdyby nie fakt, iż całkowite
ignorowanie ich istnienia od początku pracy, nauczyło ich, iż nie ma co
próbować. Nie kłopotany, udał się więc do swojego biura, aby przestudiować akta
mordercy. Jakież spotkało go zaskoczenie, gdy okazało się, iż nie ma do nich
dostępu. Niepocieszony tym faktem udał się do komendanta, który paląc cygaro,
próbował uspokoić się przed nieuchronnie zbliżającą się konferencją prasową.
– Dobrze, iż jesteś – rzucił,
gdy tylko detektyw przekroczył próg drzwi. – Siadaj.
– Dlaczego nie mam dostępu do
akt Zjawy? – Wykonał polecenie. – Myślałem, iż jestem przydzielony do tej
sprawy.
– Jesteś, ale jej nie
prowadzisz.
– Nie rozumiem.
– Przyjedzie do nas śledcza. Będziesz
jej pomagał. Do tego czasu sprawa stoi. – Komendant był wyraźnie niepocieszony.
– Czyli mam związane ręce?
Wspaniale.
– Nie do końca. – Na stół
padła wyjęta z szafki teczka. – Możesz zapoznać się z tym.
– Akta z sprawy zaginięcia
Remigiusza? – Detektyw począł przeglądać jej zawartość. – Nie powinny być
włączone do dochodzenia Zjawy.
– Powinny, ale w ferworze ostatnich
wydarzeń procedura mogła się opóźnić.
Przyjąwszy to do wiadomości,
detektyw wstał i już miał opuścić biuro, gdy usłyszał:
– Tylko nie trzymaj ich za
długo.
– Oczywiście – odparł,
zamykając za sobą drzwi.
Krocząc chodnikiem nie zwracał uwagi na otoczenie. Powtarzał
tylko w myślach informacje zawarte w aktach Remigiusza. Liczył bowiem, iż za
którymś razem znajdzie w nich coś, co da mu jakiś punkt uchwytu. Niestety było
to jedynie bezsensowne zaklinanie rzeczywistości. Sześćdziesięciolatek był
bowiem najzwyklejszym na świecie człowiekiem. Może trochę samotnym. Jednak do
bólu typowym. Urodził się w wsi o nazwie Łęki. Wyjechał do stolicy za studiami.
Zaczął pracę w jakiejś redakcji, w której po czasie został redaktorem.
Następnie przeniósł się do miasta Polesie, gdzie próbował sił zakładając radio.
Po kilku latach niepowodzenia przeprowadził się tutaj i powrócił do pracy redaktora.
Brak żony, dzieci. Rodzice zmarli. Z relacji współpracowników niezbyt
towarzyski. Ktoś wspominał, iż pod koniec każdego tygodnia zawsze wybierał się
na ryby.
– Ech… – Głębokie westchnięcie
wymsknęło się detektywowi, tuż pod drzwiami domu wielorodzinnego, w którym
mieszkał Remigiusz.
Mimo, iż nie miał kluczy,
szczęście mu sprzyjało. Ktoś nie domknął bowiem wejścia. To pozwoliło wkroczyć
mu do budynku i znaleźć odpowiednie mieszkanie. Spodziewając się w tym miejscu
problemów, wyciągnął wytrych i napinacz. Już miał zacząć majstrować przy zamku,
gdy za niewielkim pchnięciem pojawił się skrzyp zawiasów. Zaniepokojony tym,
zamarł i zaczął wsłuchiwać się w każdy dźwięk. Nic zaś nie dosłyszawszy,
sięgnął po broń i odbezpieczywszy ją, powoli wkroczył do mieszkania.
Zabałaganione wnętrze ewidentnie wskazywało, iż ktoś tu czegoś szukał. Wszystko
było powywracane, niektóre meble pocięte, a każda gazeta, kartka, czy książka leżały
na podłodze.
Detektyw sprawdził ostrożnie
wszystkie pokoje, a nikogo nie napotkawszy, zabezpieczył i odłożył pistolet do
kabury. Następnie rozpoczął szukanie czegoś, co włamywacz mógł pominąć lub po
sobie zostawić. Przetrząśniecie wszystkiego i stwierdzenie braku czegoś takiego
zajęło mu kilka chwil. Mimo to nie uznał czasu za stracony. Znaleziska z
mieszkania potwierdzały bowiem zawarte w aktach informacje o tym, iż Remigiusz
udawał się poza miasto, aby łowić ryby.
Nie mając tu nic więcej do
roboty, rozmyślał, czy udawać, iż nigdy go tu nie było, aby nie ryzykować
gniewu śledczej. Uznawszy to jednak za głupie, zadzwonił po techników,
przesłuchał sąsiadów i nie dowiedziawszy się nic ciekawego, opuścił budynek.
*****
Komentarze
Prześlij komentarz