Demon: Fragment 2

     Idąc krokiem dość szybkim zamyślasz się na moment. Zastanawiasz się co się z tobą dzieje. Nigdy nie działałeś tak na kobiety. twoja młodość i głupota zwykle sprawiały, iż łatwo przychodziły Ci rozmowy z nimi, ale to… Bynajmniej nie było czymś naturalnym.
– Mam wrażenie, iż sprzedałem duszę… – mruczysz do siebie pod nosem.
     Po wypowiedzeniu tych słów przez twój umysł przelatuje przeświadczenie, iż ktoś się nagle uśmiechnął się podle. Pobudzony tym bodźcem rozglądasz się pobieżnie wkoło, lecz nie uświadczywszy niczego niezwykłego. Z tego też powodu nie zatrzymujesz się. Kroczysz do momentu, w którym szepty w twej głowie, które swoją drogą traktujesz niczym naturalną rzecz, zaczynają podpowiadać ci, iż właśnie dotarłeś do poszukiwanego przedziału. Bez ogródek otwierasz drzwi, przed którymi stoisz i pewnym krokiem wkraczasz do wnętrza. Twój wzrok nie napotyka nic co mogłoby świadczyć o tym, iż ktoś tu kiedykolwiek był, prócz zamkniętej torby podróżnej, leżącej na półce nad łóżkiem. Przez to ona staje się Twym głównym celem. Szybko sięgasz po nią i otworzywszy ją, zaczynasz przeglądać jej zawartość. Wśród ubrań, szczoteczki i innych rzeczy codziennego użytku, nie znajdujesz nic ciekawego. Siadasz więc na fotelu i zanurzasz zmęczone oblicze w dłoniach. Na jakiś czas przestajesz oddychać, by wziąć w końcu głęboki wdech, poprzedzony jeszcze głębszym wydechem.
– Co ja tu w ogóle robię? – pytasz się w myślach, chcąc wstać i wrócić do swojego wagonu.
     Coś jednak nie pozwala ci tego zrobić, a głosy z skraju świadomości dręczą cię, byś sięgnął znów ku torbie. Nie walcząc z nimi długo, robisz to. Przeglądasz wszystko jeszcze raz, lecz znów nic interesującego nie odnajdujesz. Zdenerwowany rozrywasz trzymany w dłoniach materiał. Zaszokowany swoją siłą patrzysz z ogłupieniem na swoje dłonie. Wtem w twoich uszach zaczyna rozbrzmiewać dźwięk monety uderzający po drewnianą podłogę. Wzrok automatycznie odnajduje źródło tego nad wyraz odcinającego się od rzeczywistości wrażenia słuchowego. Ciało zaś bez żadnego twego polecenia wykonuje ruch, by zagrabić dla siebie ów mały przedmiot. Złapawszy go, zaczynasz mu się przyglądać. W końcu uznajesz, iż to jest tym, czego szukałeś. Jedyne co ci się wydaje dziwne to fakt, iż ty wcale nic nie szukałeś. To teraz nie budzi u ciebie rozmyślań, gdyż czując jeszcze mocniejsze zmęczenie, podnosisz się i wychodzisz na korytarz. Mglistym wzrokiem patrzysz przez okno na rozmywający się krajobraz.
– Ech… – wzdychasz ciężko i stawiasz ciężki krok.
     Po nim następny i następny, a każdy coraz bardziej ryzykowny, chwiejny i niepewny. Nie przechodzisz metra, a twoja fizyczna powłoka odmawia ci posłuszeństwa i oparłszy się o ścianę, zsuwa się na podłoże. Umysł zaś świadomy zbyt dużego wycieńczenia, wyłącza większość procesów i zanurza się w głęboki sen.




     Uczucie palców mierzwiących twe włosy, wyciąga cię powoli i łagodnie z nicości. Odruchowo wzbierasz powietrze w płuca i otwierając oczy zmieniasz swą pozycję z boku na plecy. Wtem dostrzegasz zatroskane oblicze swej lekarki, na której udach leży twoja głowa.
– Daleko jeszcze? – pytasz słabym, zachrypniętym głosem, a czując drapanie w gardle, podnosisz się do siadu i zaczynasz lekko kasłać.
– Już prawie jesteśmy. – dostajesz odpowiedź.
– Yhym… – rzucasz, czując charakterystyczny metaliczny posmak w ustach, wywoływany przez znajdujący się w nich płyn.
     Następnie spoglądasz na swoją dłoń, którą przed momentem przesłaniałeś usta. Czerwień krwi uderza w twe oczy, powodując zawahanie.
– Długo spałem? – zapytujesz po przełknięciu zawartości swej jamy ustnej i zamykając dłoń tak, by jej wnętrze nie zostało dostrzeżone.
– Na pewno od kiedy przyszłam. – odpowiada kobieta.
– Kitka… A gdzie ty mnie w ogóle zabierasz? – zadajesz kolejne pytanie, by zająć czymś rozmówczynię.
     Po tym wstajesz i przechodzisz do niewielkiego pokoiku, gdzie znajduje się małych rozmiarów umywalka i lustro. Puszczasz wodę i zaczynasz czyścić swe ręce. Po tym nabierasz nieco wody w usta i przepłukujesz je. W końcu zamykasz dopływ bezbarwnego płynu i spoglądasz w swe odbicie. Chorowita bladość, podkrążone oczy pozbawione zdrowej szklistości i oblicze zarysowane wyrazem cierpienia nie przyprawiają cię optymizmem. Dodatkowo poczucie, iż patrząc w swe odbicie widzisz kogoś innego, budzi w tobie mały przestrach. Szybko więc wprowadzasz radość na twarz jakbyś zakładał maskę i wracasz do poprzedniego pomieszczenia.
– To? – rzucasz przekonany, iż nie otrzymałeś odpowiedzi.– Zobaczysz. – słyszysz odpowiedź, w której ewidentnie da się odczuć ekscytację i dumę ze swego pomysłu.– No dobrze. – po tych słowach zapada cisza, którą może przydałoby się przerwać, lecz żadne z was nie kwapi się do tego.
     Dzięki temu przez kolejne pół godziny ćwiczysz sztukę ciszy w towarzystwie. Mogłoby się wydawać to bardzo łatwym zadaniem, aczkolwiek dla ciebie milczenie ma dwa oblicza. Jedno, z którym spotykałeś się najczęściej w swoim życiu jest wyrazem największego braku szacunku i obrazy dla rozmówcy. Jego aspekt jest tak negatywny, iż walczysz ze sobą niczym z legendarnym smokiem, by nie udusić kogoś, kto śmie go w stosunku do ciebie stosować. Drugie zaś jest czymś cudownym, co można osiągnąć jedynie dzięki dobrze zbudowanej więzi. Cisza, w której czujesz się z kimś dobrze. Cisza, w której nie ma irytacji, czy chęci odezwania się. Cisza, która płynie. Pełna spokoju i relaksacji. Przepełniona poczuciem bezpieczeństwa i pewności. Cisza, w której można spędzić wieczność. Cisza, w której tkwi się z kimś razem niczym jeden umysł, nie zaś samotnie błagając o koniec. Cisza, której żal, gdy umyka zabita przez rzeczywistość. I teraz jedynym pytaniem, które zadajesz sobie w umyśle jest to, jakiej natury jest milczenie między wami. Choć pewnie znasz odpowiedź. Ty zawsze ją znasz, nieprawdaż? Wszechwiedzący człeku, który albo ma całkowitą rację, albo myli się aż za bardzo. Dobrze, iż głośny gwizd świadczący o wjechaniu pociągu na stację, daje ci możliwość przemilczenia tej kwestii.
– Chodźmy. – odzywa się twa towarzyszka wstając i łapiąc za swe bagaże.
     Ty zaś papugujesz jej poczynania i po chwili wychodzicie na korytarz pełen ludzi i włączając się do ich sznura, zaczynacie przesuwać się ku wyjściu. Wreszcie stanąwszy na szarej kostce, którą wyłożona jest stacja, wzdychacie głęboko świeżym powietrzem.
– Zawsze się zastanawiałem, dlaczego ktoś miałby udostępnić prywatny pociąg i infrastrukturę kolejową do użytku publicznego. – rzucasz, oglądając się jeszcze na środek transportu, który właśnie opuściłeś.
– Któż zrozumie myśli najbogatszych? – kobieta odpowiada ci pytaniem, a następnie dodaje – Powinniśmy się cieszyć z podarków, nie je roztrząsać.
– Jeśli tak uważasz… – mruczysz pod nosem, a następnie ruszasz przed siebie z nadzieją, iż zostaniesz poprowadzony w odpowiednie miejsce.




Drzwi taksówki odzywają się wyraźnym trzaskiem, gdy twa ręka zaczyna swobodnie opadać ku swej naturalnej pozycji.
– Dziękuję bardzo. – docierające do ciebie kobiece słowa wydają się być nieco zbyt odległe.
– Nie ma za co. – odpowiedź na nie padająca, również nieco umyka twej świadomości – Do widzenia.
– Do widzenia… – mruczysz czując suchość w ustach.
     Po tym łapiesz stojący obok bagaż w dłonie i ruszasz w kierunku dwupiętrowego, drewnianego domu, rysującego się przed twymi oczami. Obok siebie słyszysz wyraźne kroki, manifestujące swą obecność charakterystycznym chrupaniem kamyków. Na razie nie padają kolejne słowa. Tak ci się przynajmniej zdaje. Nie możesz tego do końca stwierdzić, gdyż dręczące cię zmęczenie i niepokój zagłuszają większość bodźców. W końcu spod tych stóp odzywa się odgłos butów uderzających o drewno. Zmuszasz się więc do większego skupienia i teraz stojąc przed drzwiami pukasz.
– Mam klucze. – rzuca w tym samym momencie twa towarzyszka, grzebiąca w swym podręcznym bagażu.
     Nie nadąża z ich znalezieniem, gdy przejście otwiera się na oścież, ukazując kobietę w wieku około siedemdziesięciu lat z lekką nadwagą i ciemno–bordowymi włosami.
– Dziadek! Przyjechała! – woła ta do wnętrza izby, a następnie lustruje cię nieprzychylnym wzrokiem – A to kto? Kolejny twój kochanek?
– Mamo! – peszy się blondwłosa, a następnie rzuca wszystko, by przytulić rozmówczynię.
– No już, już, bo mnie udusisz! – rzuca ta, odwzajemniając uścisk.
     W tym momencie kobiety wymieniają się trzykrotnym pocałunkiem w policzki i w końcu odstępują od siebie.
– No wchodźcie. Nie stójcie jak te krowy. – mówi, zapraszając gestem do wnętrza.
– Dzień dobry. – odzywasz się cicho, po czym przepuściwszy obie kobiety w drzwiach, wkraczasz do budynku.
– Postaw to na razie tutaj. – słyszysz polecenie, któremu wtóruje ręka wskazująca odpowiednie miejsce.
     Bezmyślnie je wykonujesz, a skończywszy zostajesz złapany w silny uścisk i sowicie ucałowany.
–Witaj w moim domu młodzieńcze. – mówi uprzejmie staruszka, wzbudzając u ciebie wewnętrzne ciepło i nostalgię.
     Nagle w zasięgu twego wzroku pojawia się chudy mężczyzna z fajką w ustach, w podobnym do niej wieku. Twoja towarzyszka błyskawicznie rzuca się na niego, witając się z nim tak jakby już nigdy nie chciała się żegnać. Po tym zaś puszcza go z uścisku i cofnąwszy się krok w tył odzywa się srogo:
– Co ci mówiłam o paleniu?
– Jestem w trakcie rzucania. – odpowiada ten, pociągając nieco dymu w płuca.
– Od dwudziestu lat… – wzdycha zażenowana.
– Idzie mi coraz lepiej. – odrzeka jak gdyby nigdy nic, a po tym kieruje swój wzrok ku tobie i zapytuje – Któż to taki?
– To mój pacjent. – przedstawia cię – Ten o którym wam mówiłam.
     Nagle zapada chwilowa cisza, podczas której zmartwione miny wpatrują się w ciebie.
– Ach! Już wiem! To ty jesteś tym młodzieńcem, o którym córka nie może przestać gadać! Strasznie blado wyglądasz. Chodź. Dam ci coś jeść. – starsza kobieta przerywa niezręczną chwilę.
     Następnie zaczyna cię prowadzić ku kuchni, a ty rzucając jedynie krótkie spojrzenie swej lekarce, zapytujesz:
– A mógłbym może dostać nieco herbaty?– Oczywiście młody człowieku! Goś w dom, Bóg w dom, jak to mawiają! – dostajesz odpowiedź od gospodyni, z którą przechodzisz do innego pokoju, zostawiając resztę osób przy wejściu.




     Zdaję sobie sprawę, iż rozmowy międzypokoleniowe mogą być interesujące, jednak tym razem nie mam w ogóle na nie ochoty. Także przeskoczmy sobie do wieczora. W nim widzę wydarzenia ciekawsze. Siedzisz bowiem samemu na skraju łóżka w udostępnionym ci pokoju i wytrzeszczonymi oczyma, spoglądasz w przestrzeń starając się zwalczyć wyżerającą cię od wewnątrz pustkę. Drżysz cały niczym w delirycznych drgawkach. Po policzkach ciekną słone łzy tak puste jak twe istnienie. Wiesz cóż to za uczucie. Nie pierwszy raz cię ono ogarnia. Strach. Paniczny strach, z którym nie można wygrać. Ten zamykający twą duszę w katatonii. Jakież to rozkoszne, spoglądać jak twój bezsilny ludzki umysł wije się w poszukiwaniu zbawienia, które nigdy nie nadejdzie. Jakież to zabawne widzieć cię w tym stanie. Nicość, która jest twoim wybawieniem jest równocześnie przekleństwem, od którego pragnąłbyś uciec, lecz dobrze wiesz, iż cóż byś nie uczynił, nie uda ci się to. Brakuje ci tchu, mimo iż oddychasz. Brakuje ci sił, mimo iż się rzucasz. Ty nic nie znaczący pyle. Uwielbiam się nad tobą znęcać. Cóż to jednak za zabawa, jeśli pomiędzy cierpieniem nie dostałbyś ni kropli nadziei. Dlatego też wstajesz. Podnosisz się powoli, by udać się do łazienki i tam przemyć oblicze lodowatą wodą. Pech jedynie chce, iż czyniąc to stajesz przed wielkim lustrem. Widok osobnika wyglądem imitującego samą kostuchę, a emocjami samego Lucyfera, godzi w twe serce jadowitym ostrzem, zwalając cię z nóg. Oddychaj. Powoli. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Świadomość, iż na skraju podświadomości ktoś raduje się twym cierpieniem nie pomaga. Mimo to walczysz. Wykonujesz głęboki wdech, a następnie wyrzucasz z siebie powietrze w takim samym tempie. Po dziesiątym razie, nieco odzyskawszy kontrolę stwierdzasz, iż potrzeba ci świeżego powietrza. Dźwigasz się więc kolejny raz do pionu i podpierając się wszelakich przedmiotów i ścian wydostajesz się na taras. Tu kładziesz się na grzbiecie, pozwalając zimnemu podmuchowi wiatru na obmywanie twej postaci. Gwiazdy są takie piękne na poza–miastowym niebie.
– Nie bój się… – w wyobraźni słyszysz słodki szept – Spokojnie. Wszystko będzie dobrze.
     Słowa te, pomimo iż dla ciebie pełne zakłamania, niczym dotknięcie magicznej różdżki zalewają twą duszę spokojem. Interesujące, iż nawet jeśli podświadomie odrzucasz prawdziwość tej wypowiedzi, to i tak starasz się przyjąć ją jako prawdę, aby ukoiła cię choć na moment, na chwilę, która w oceanie cierpienia byłaby zbawienną. Ależ z ciebie cholerny pesymista. Ktoś podsuwa ci swoją prawdę, a ty wzgardzasz nią bez żadnych podstaw. Hipokryto! Brzydzę się tobą. Wstyd mi za ciebie. Gdyby tylko me istnienie nie zależało od twojej postaci, od razu bym z tobą skończył. Tak jednak… Ty zalegasz na zimnych deskach, oddychając coraz głębiej i wolniej, a ja opisuję to wszystko w potoku pięknych słów. W zasadzie pozwoliłbym ci tu teraz zasnąć i przeniósł nas płynnie ku porannym promieniom słonecznym, aczkolwiek nie mogę. Kontynuując więc… Osiągasz w końcu stan, w którym wspomnienie strachu jeszcze nie wyciągnęło z ciebie swych szponów, ale już wycofało się na tyle, byś mógł normalnie funkcjonować. Mimo to nie podnosisz się. Leżysz dalej odczuwając jak wiele energii kosztował cię ten napad paniki. Chcesz po prostu zamknąć oczy i udać się do snu. Nagle jednak słyszysz dźwięk bosych stóp stąpających po drewnianym podłożu. Chwilę później ktoś kładzie się obok ciebie i dobrze wiesz któż to taki.
– Kitka… – zaczynasz, choć nie wiesz co mógłbyś rzec – Nie chcę umierać.
– Nie umrzesz. Nie pozwolę na to. – kolejne oczywiste kłamstwo zostaje przyswojone przez twój umysł.
     Jak bardzo byś pragnął, nie możesz w nie uwierzyć. Łapiesz więc swoją towarzyszkę za dłoń i zmuszasz swój umysł by poprzez dotyk, a także dźwięk zanurzył się w stan codziennego otępienia, w którym każda rozumna istota pragnęłaby bytować po kres swoich dni.
– Nienawidzę takich chwil. – odzywa się nagle kobieta – Gdy zaczynam rozmyślać. Praca, ćwiczenia, znajomi. Poświęcam wszystkiemu czas, by nie pozwalać swojej głowie się zamyślić. Do tej pory mi się udawało. Myślenie... Nie chcę do tego wracać.
     Nie wiesz co powiedzieć, gdyż rozumiesz ją zbyt dobrze. Ile byś dał, aby uwolnić się od świadomości i tego co ciągle krąży po twej głowie? Wszystko. Oddał byś wszystko by upaść w nicość, której się tak lękasz.
– Ja niestety w tym tkwię… – wzdychasz wreszcie uspokojony i opuszczasz swe ciężkie powieki, by mrugnąć.
     Nie udaje ci się już ich jednak podnieść i wraz z zniknięciem blasku gwiazd, znikasz ty, pozwalając sobie odpłynąć do krainy snów, w której nie istnieje nic, jak również nikt.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI