Demon: Fragment 3

     Wspomnienia przyjemnych chwil, spędzonych z kobietami wiją się przed twymi zmysłami. Jakież to było cudowne. Jakież spełniające. Jakież… pokrzepiające? Nigdy wcześniej nie czułeś czegoś takiego. Zupełnie jakbyś wysysał z kogoś energię życiową.
– A więc to czują sukkuby? – zadajesz pytanie, które rozbrzmiewa w przestrzeni.
– W zasadzie tak. – odpowiada ci szorstki, kobiecy głos z lekką chrypką, podczas gdy ostre paznokcie zarysowują linie po twoim grzbiecie.
     Syczysz z bólu, który nie do końca przebija się przez odczucia z wspomnień. Mimo to nie odwracasz się, by sprawdzić któż ci odpowiedział. Wzdychasz tylko czując jak cała przestrzeń zaczyna zanikać na rzecz odgłosów lasu, zapachu drzew, liści i ziemi, a także słabego światła poranka.




     Budzisz się. Wyspany. Zadowolony. Pełen energii. Pozytywnie nastawiony do rzeczywistości. Opuszczasz tak krainę niebytu pierwszy raz od… W zasadzie od kiedy pamiętasz. Aż budzi się we mnie zazdrość. W przeciwieństwie do ciebie ja każde słowo tworzę z przymusu i okrutnie nie mam chęci to robić. No ale… Nikt przecież na mnie nie zwraca uwagi. Wracając więc do ciebie. Cóż ty…? A. Obudziłeś się. Wzbierasz więc w swe płuca świeże powietrze i wijesz się po podłożu. W końcu otwierasz oczy i w sumie bez zaskoczenia spostrzegasz, iż znajdujesz się w lesie. Normalnie zacząłbyś panikować. W końcu znajdujesz się poza barierą i nie wiesz jak tu trafiłeś. Jednakowoż coś sprawia, iż czujesz się spokojny i pewny siebie. Jedyne co ci przeszkadza to suchość w ustach i jakaś taka sztywność ubrań. Podnosisz się więc do siadu i spoglądasz na siebie. Wnet zauważasz, iż pokryty jesteś przez zaschniętą krew.
– Yhym… – wydajesz z siebie krótki dźwięk świadczący o biernej akceptacji zaobserwowanego stanu rzeczy.
     Po tym zmieniasz niezgrabnie swą pozycję na pionową. Czynisz to nieco zbyt szybko, co skutkuje mroczkami i zawrotami głowi. Błyskawicznie przechodzisz więc do kucnięcia, z którego równie szybko powracasz do stania. Następnie przeciągasz się rozgrzewając zastałe mięśnie. Dopiero teraz rozglądasz się wkoło i na sczezłym w promieniu półtora metra podłożu dostrzegasz padlinę jakiegoś zwierzęcia. Niestety nie jesteś w stanie stwierdzić jakiego, gdyż jest ono zbyt pokiereszowane.
– Chyba powinienem się zacząć martwić… – wzdychasz do samego niebie.
– Nie… – słyszysz cichą odpowiedź na skraju świadomości.
     Zaakceptowawszy ją zbyt łatwo, wzruszasz ramionami i podnosisz głowę ku górze, by spojrzeć na niebo przez korony drzew. Na widok niebieskiego sklepienia stwierdzasz, iż przydała by ci się kąpiel. Jakby na zawołanie wybija się spośród dźwięków otoczenia szum wody. Wsłuchując się w niego ruszasz w kierunku, z którego dochodzi. Po jakichś dwu minutach docierasz wreszcie do całkiem płytkiej, tętniącej życiem rzeki. Spodziewając się zimna, wkraczasz do niej i zanurzasz się cały.
– Zimno… – oświadczasz sobie w myślach.
     Zalegając tak pod taflą przeźroczystego płynu i spoglądając przez nią na świat, dochodzisz do wniosku, iż tak raczej nie uda ci się zmyć krwi. Zaczynasz więc rozmyślać. Twe myśli krążą wokół tego tematu, aż w końcu brak powietrza nie zmusza cię do wynurzenia się. Czynisz to i nagle do twych uszu znów zaczynają napływać dźwięki lasu. W głowie masz całkowitą pustkę. To nie dobrze. Nie możesz wrócić do Kitki w takim stanie. Jak się wytłumaczysz? Próbujesz coś wykombinować, gdy nagle między planem całkowitej improwizacji, a powrotem nago, zarysowuje się nie do końca dobra myśl. Coś jednak sprawia, iż wydaje ci się ona najlepszym rozwiązaniem. Wpierw próbujesz z nią walczyć, lecz jakaś niecierpliwa świadomość w twym umyśle, zmusza ci do jej realizacji. Podnosisz się więc na równe nogi i spoglądając w koryto rzeki znajdujesz sobie jakiś pasujący ci kamień. Dźwigasz go i przyglądasz mu się przez moment. Nadal masz wątpliwości. Na szczęście twoje ciało wydaje się ich nie mieć. Przybliża więc ów kawałek skały do twej piersi i przeciąga go w dół po całym torsie. Rozdziera tym samym twą koszulę, przy okazji zdzierając skórę i zarysowując rozległą, pulsującą czerwienią ranę. Czujesz ból, aczkolwiek nie masz pojęcia, czy z jego powodu wydajesz jakieś dźwięki. Twój słuch jakby na moment się wyłącza. Wszystko powraca do ciebie dopiero po chwili, gdy kamień ląduje z wyraźnym pluskiem z powrotem w rzece, a ty kulisz się odczuwszy okrutnie piekący ból. To był tragiczny pomysł. Aczkolwiek kiedy ty sobie teraz z jego powodu cierpisz, ktoś kogo nie potrafisz sprecyzować pęka ze śmiechu. Poirytowany tym wychodzisz z zimnej wody i rozejrzawszy się zaczynasz iść w stronę domostwa, do którego niedawno przybyłeś. Niezbyt masz pojęcie skąd wiesz jak masz iść, aczkolwiek nie pozwalasz sobie na rozmyślanie o tym, bojąc się iż to mogłoby sprawić, iż nagle zapomnisz drogi. Kroczysz więc mokry, zziębnięty i cierpiący, aż nie docierasz w końcu do linii drzew, którą przekroczywszy trafiasz na rozległą polanę. W oddali dostrzegasz swój cel. Wzdychasz więc z lekką ulgą i kontynuujesz swój chód. Po jakimś czasie, poczucie spokoju wzrasta. Dzieje się to za sprawą przekroczenia bariery, która mimo iż nie wydaje się być zbyt stabilna, istnieje.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI