Demon: Fragment 6
Po skończonej
pracy strudzonemu człowiekowi należy się kawa. Przynajmniej według twych
standardów. Przygotowawszy więc ją sobie, zasiadasz na huśtawce, stojącej na
tarasie i wzdychasz ciężko. Jakież to przyjemne, czuć zmęczenie. Oczywiście
takie jak odczuwasz teraz. Ktoś mógłby z głupa zapytać, cóż za różnica. Otóż
istotna. W końcu wyczerpanie przez zamierzony wysiłek przysparza człekowi
pozytywnych emocji. Nie jak to, które dręczy ciało i ducha co dnia, kto wie z
jakiego powodu. Ależ ty nawet o tym nie rozmyślasz. Po prawdzie masz pustkę w
głowie. Bierzesz więc łyk czarnego płynu i rozkoszujesz się jego gorzkością.
Niestety spokój nie jest ci dany na długo, gdyż po chwili dołącza do ciebie
blondwłosa kobieta. Trzymając swój napar w dłoniach, siada obok ciebie,
zakłócając na moment wahadłowy ruch tylko po to, by po chwili go przywrócić do
poprzedniego stanu.
– Kobieta powinna być niczym kawa… – wymyka ci się z ust bez świadomości.
– Czyli jaka? – pada pytanie, poprzedzone wyraźnym odgłosem przełykania.
W odpowiedzi
uśmiechasz się jedynie. Dla ciebie tłumaczy się to samo przez siebie, więc nie
masz zamiaru tego tłumaczyć.
– Kiedyś powiem ci jaka powinna być nastolatka. – mówisz tuż
przed wypełnieniem swej jamy ustnej kolejną porcją płynu.
Ewidentnie godząca
się z brakiem odpowiedzi lub po prostu niezainteresowana blondynka wtóruje ci w
twych poczynaniach.
– Dotarły wyniki twoich badań. – ciężkie zdanie zostaje
wytworzone przez jej struny głosowe.
– Muszą być wyjątkowe, jeśli nagle postanowiłaś mi o nich powiedzieć. – rzucasz
wrednie – Normalnie musiałem starać się jej wykraść.
– Od kiedy wiesz? – zapytuje, biorąc kolejny łyk swego naparu.
– Miesiąc? – odrzekasz niepewnie, szukając w pamięci momentu, w którym poznałeś
swą diagnozę – Być może to jeden z etapów, ale jakoś to po mnie spłynęło…
Po tych słowach
następuje cisza, którą przerywa jedynie wasze niezamiarowe siorbanie i
westchnienia.
– Reagujesz na nową terapię. – oświadczenie to sprawia, iż
zaczynasz się krztusić.
Odkasławszy
kilkukrotnie, złapawszy powietrze w płucach i przetarłszy łzę, która
postanowiła się pojawić w kąciku oka, docierasz do siebie.
– Nową terapię? – zapytujesz, nie wiedząc czy zadajesz dobre
pytanie.
– Ostatnimi czasy, gdy trafiałeś do nas, podawaliśmy ci nowy lek. – mówi twoja
lekarka z niezwykłą beztroską.
– Bez mojej zgody?! – podnosisz głos sfrustrowany.
– Twoja rodzina ją wyraziła. – dostajesz szybką odpowiedź.
– Aha… – wyrzucasz jedynie z siebie – I co?
– Musimy kontynuować leczenie.
– To po cholerę mnie tu zabrałaś? –
pytasz nie odpuszczając tonu.
Twoja rozmówczyni
wzdycha na to i bierze kolejny łyk ze swego kubka. Ty zaś uświadamiasz w sobie
w tym momencie buzujące w tobie uczucia i dajesz sobie moment, aby się
uspokoić.
– Niczego nie obiecuję. – odzywa się ponownie kobieta.
– Wzbudziłaś we mnie nadzieję. – wzdychasz ciężko i napełniasz swe usta kawą, a
przełknąwszy ją dodajesz – Teraz niepowodzenie może mnie już tylko doszczętnie
zniszczyć.
Po twej wypowiedzi
rozmówczyni wstaje i odchodzi, a robiąc to oświadcza:
– Za kilka dni wracamy. Skorzystaj z okazji i odpocznij
nieco.
Na powrót
zostajesz sam ze swoim napojem. Teraz jednak czujesz wewnętrzną radość, którą z
wielką chęcią byś stłamsił, aby jej naiwność nie zrobiła tego z twoja chęcią
życia. Nie potrafisz jednak tego zrobić. Siedzisz więc z buzującą od ostatnich
informacji głową i starasz się przywrócić sobie spokój ducha, który oczywiście
z łatwością nie przychodzi.
Komentarze
Prześlij komentarz