Tekst świateczny

     Siedząc sobie przy ciastku i pociskając nocami AC Anglia, a chyba dokładniej Londyn, zastanawiam się, czy nie powinienem siąść do nauki, czy przynajmniej do jakiegoś pisania. Moje myśli jednak czezną tak szybko jak powstają, gdyż dużo z tym wszystkim roboty. Także podsumowuję wszystko tekstem: „Nie chce mi się.” i gram dalej. Ogólnie życie jest piękne prócz tego, iż w końcu trzeba się ubrać i zejść do ludzi, którzy przyjechali na święta. Ech… Aż się w człowieku rodzą rozmyślania, po co są te święta. Gdyż nie są one dla rodziny. Nie dla prezentów. Nie dla chłopaka. Nie dla dziewczyny. Nie są one, by w końcu umyć dla Jezusa okna. Nie są by odpocząć. Nie są by uciec od życia i stalkerów spod okna. Nie są po to by wyjątkowo pomagać. Nie są, by się z czymkolwiek zmagać. Więc po co? W sumie dla Boga, czyli po krótce po nic i po wszystko. Czyli te wszystkie nie, to jednak tak. Jizz… I tyle z wymówki, by nie myć okien.
    No więc robiąc to, mogę sobie porozmyślać nad magią świąt. W końcu taka istnieje, nie? Pytam, gdyż mi na przykład bardzo trudno nawet o niej myśleć, gdy wychodząc na zewnątrz trudno mi odnaleźć choć dwa gramy tego białego proszku, który sprawia, iż świat wygląda pięknie. Poza tym fakt, iż nie stać mnie na niego, gdyż przez ostatni rok roztrwoniłem swoja fortunę na miłości i miłostki, już w ogóle zabija jakiekolwiek próby poczucia białej, świątecznej magii. A jeśli o miłości mowa… To nie na tym ta cała magia polega? Spotyka się rodzina, znajomi, żona z mężem w separacji i wszyscy darzą się miłymi uczuciami, które magazynują przez cały rok pod płaszczem nienawiści. To musi być sedno tej magii. Chociaż nie wiem… Rodzina mnie kocha. Ja ją też. Mimo to nadal nic nie czuję. To może tu chodzi o prezenty? Dostaje się jakieś coś i nagle mamy wyrzut dopaminy. Magia świąt to dopamina? W sumie pasuje. Tylko z tym prezentem bym się sprzeczał. Większość jak nie jest kiczowata, to stanowi po prostu coś użytkowego, czym zachwycanie się minie po dwóch sekundach.
    Tak w ogóle tu powinno chodzić o Boga. W końcu to od niego ta impreza wyszła. Szczęściarz w ogóle. Też bym chciał, aby połowa świata świętowała moje urodziny, zamiast rozkazywać kumplowi, aby mi kupił czekoladę. Tylko tak mi się coś zdaje, iż ten Jeden Jedyny jest tak jakoś marginalizowany i to przez większą część wspólnoty chrześcijańskiej. Także trochę przykro, iż ta magia nie pochodzi od Niego i od wartości jakie ze sobą niósł.
    W takim wypadku trzeba przeanalizować przeszłość. Powróćmy do dzieciństwa, kiedy to jeszcze człowiek jarał się wszystkim dookoła, tak jak gimnazjalista jara swego cienkiego papieroska. Co wtedy miały w sobie święta? Przede wszystkim śnieg. Zawsze było go co najmniej pół metra i można było się w nim wytarzać, zbudować fort, czy bałwana. Można też było się porzucać śnieżkami z znajomymi. O właśnie! Znajomymi. Kiedyś było ich tylu i wszyscy byli z jednego osiedla. Teraz w sumie jest ich kilku, ale wszyscy żyją oddaleni są o co najmniej pięćdziesiąt kilometrów. Zasadniczo można by im zrobić niespodziankę. Wpaść na święta i razem coś porobić. Tylko… Komu się chce? No i co ważniejsze, kto cię w odwiedzinach chce? To byli znajomi i śnieg. Mając to z głowy, możemy iść dalej. Prezenty. Zawsze to było. Ta radość, gdy znajdowało się worek słodyczy od Mikołaja na mikołajki, po to tylko by na święta pod choinką znaleźć jakieś modele samochodzików, klocki, czy inne takie pierdółki. To było coś… Człowiek jeszcze wtedy się cieszył, gdy coś dostawał. Uśmiech wypełzał na jego twarz. Coś się uzewnętrzniało. A teraz? Niby jest jakieś ciepło przyjemne we wnętrzu, ale jest ono tak nikłe, iż pojawiać się zaczyna zmartwienie, czy to przypadkiem nie depresja. No ale dorosły facet prezentu nie dostanie, a nawet jeśli to raczej skakał z radości nie będzie. No to prezenty mamy z głowy. Choć mogą one podratować nieco magię, to tylko na jakiś czas. A kiedyś się na tym leciało przez całe święta… Co jeszcze było kiedyś? Choinka! To święcące się od światełek i pełne słodyczy drzewko, było jakoś bardziej fascynujące, a ubieranie go, choć ciężkie miało w sobie jakąś przyjemność. Teraz to tylko krzak, który trzeba postawić, ubrać i po jakimś czasie rozebrać. Niedogodność. Kiedyś też jedzenie, było jakieś smaczniejsze. Ludzie też jacyś tacy pogodniejsi. Ech…
    Ogólnie to nie wiem, skąd ludzie biorą tę magię świąt. W mediach wszystko zaczyna się trzy miesiące wcześniej. Piosenki świąteczne to kicz. Człowieki to nadal skończeni idioci. Jak ktoś może zachować tę radość dziecięcą, gdy tacy jak ja gorzknieją prędzej, niż nadążają z zauważeniem tego faktu? Masakra.
    Ogólnie to chyba już skończę. Wezmę się za granie, bo to mi całkiem dobrze idzie. Poza tym trzeba przejść tę grę, nim trzeba będzie wrócić do nauki. Zrobię więc szybkie podsumowanie. Napisałem tekst świąteczny w wydaniu depresyjnym, dla moich kochanych wyznawców. Mogłem napisać o dwunastu potrawach, albo o czymś innym, o czym rozpisują się teraz blogerki. Po pierwszym akapicie się w zasadzie zgubiłem w sensie merytorycznym mej wypowiedzi. Czyli klasycznie. Mogłem się wziąć za Demona, albo za Zjawę. A tak, to napisałem osiemset pięćdziesiąt cztery słowa o niczym. Ech… Pozdrawiam.

Komentarze

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. To przynajmniej mamy to "nic" pomiędzy, którym ma być "coś"
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Miło, iż Ty tak to widzisz. Ja ciągle szukam tego "czegoś" na tym blogu XD

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Zjawa - Fragment XI

Zapalniczka Króla Zła

Zjawa - Fragment VI