Demon: Fragment 7
Poranne promienie
słoneczne, przebijające się przez przeźroczyste szkło, atakują twe oczy,
starając się przebić przez opuszczone powieki. Wpierw starasz się je z
przyzwyczajenia zignorować. Czując jednak pokłady energii, buzujące w twym
ciele, podnosisz się i usadawiasz na skraju łóżka. Teraz dopiero pozwalasz
swoim oczom dostrzec przestrzeń i się do niej dostosować. Wciągasz
błyskawicznie nieco powietrza do płuc i odruchowo zaczynasz się przeciągać. Po
chwili uwalniasz zgromadzone w klatce piersiowej gazy długim wydechem. Jesteś
dziś innym człowiekiem. Chęć życia przepełnia całego ciebie. Wstajesz więc i
idziesz do łazienki, by załatwić tam poranne sprawy. Wróciwszy do pokoju,
zaczynasz się ubierać w jakieś czyste ciuchy. Przy tym oglądasz swoje jestestwo
odbijające się w lustrze, zawieszonym na drzwiach stojącej przy jednej ze ścian
szafy. Patrząc na swe wychudłe odbicie spostrzegasz, iż tatuaż na swoim ciele,
którego przysiągłbyś przez ostatnie tygodnie nie miałeś. Do tego rzuca ci się w
oczy fakt, iż wczorajsza rana zdążyła się zagoić i nie ma po niej ani śladu.
Dotykasz więc tego miejsca i wnet przypominasz sobie o zawieszce, którą nie
wiedzieć kiedy zgubiłeś. Zaczynasz więc zastanawiać się, gdzież on może być.
Twe rozmyślania zostają jednak przerwane przez wibrację telefonu, leżącego na
nakastliku. Porzucasz więc wszystko i zbliżasz się do niego. Wtem twym oczom
ukazuje się, krótka wiadomość od kontaktu podpisanego „Ona”.
– Gdzie jesteś? – odczytujesz na głos.
W pierwszym
momencie ignorujesz to zapytanie i powracasz do poprzednich zajęć. Naciągasz na
siebie resztę ubrań i oczywiście przepasasz się swym pasem kontuszowym. Nie
zwracasz jednak uwagi na to jakim cudem robisz to sam. W końcu zmierzasz w
stronę wyjścia z pokoju, gdy jakieś poczucie, iż powinieneś odpisać, zmusza cię
do wzięcia telefonu i napisania krótkiej wiadomości: „Z lekarzem”. Po tym, odkładasz
urządzenie i ruszasz do kuchni.
– Dzień dobry. – rzucasz niemal bezgłośnie, dostrzegając tam
krzątając się przy gotowaniu gospodynię.
Po tym usadawiasz
się przy stole zastanawiając się, czy masz ochotę na jakiekolwiek śniadanie. To
zaś z powodu, iż głód jaki czujesz jest tak wielki, iż aż jest ci niedobrze.
– To może zacznę od
kawy… – mówisz do siebie w myślach, gdy wtem zostaje przed tobą postawiony
kubek gorącej herbaty i talerz z czterema kanapkami.
– Jedź chudzino. – dostajesz polecenie od gospodyni, która nie wiadomo kiedy
przygotowała ten posiłek.
– Dziękuję. – odpowiadasz, a gdy zamiast słowa wychodzi ci jakiś bełkot
przerwany załamaniem głosu, odchrząkasz i teraz już poprawnie wypowiadasz –
Dziękuję.
Po tym zabierasz
się za jedzenie. W ekspresowym tempie pochłaniasz wszystko przed sobą i
krzywisz się niezadowolony z niezaspokojenia swego apetytu. Zabierasz się więc
za herbatę, mając nadzieję iż jej gorycz, przyniesie ci przynajmniej chwilową
ulgę. Niestety po dwóch łykach dochodzisz do wniosku, iż nic z tego nie będzie.
Zirytowany podnosisz się, łapiesz za talerz i zaczynasz poszukiwać dla siebie
jakiegoś pożywienia. W niedługim czasie trzymane przez ciebie naczynie zostaje
przykryte przez bezmiar jedzenia, którego gdyby nie fakt ograniczonej
powierzchni, wziąłbyś więcej.
– Masz dziś apetyt. – stwierdza kobieta, która przypatruje ci
się z nieukrywanym zadziwieniem.
– Podobno to dobrze. – rzucasz wracając do stołu.
Znów zaczynasz
pałaszować jedzenie, popijając je co
chwila łykami gorącego naparu. Wreszcie, czując rozepchanie żołądka, kończysz
posiłek. Wzdychasz zadowolony i rozsiadasz się wygodniej na drewnianym krześle.
– Przepraszam. Byłem okrutnie głodny. – mówisz, mając małe
poczucie winy.
– Nic nie szkodzi. Wczoraj się napracowałeś. – odpowiada z uśmiechem
rozmówczyni, a następnie dodaje – Dziadek cię strasznie wykorzystał. Normalnie
zajmowało mu z pięć dni, obejście wszystkich run.
– Nie dziwię się. Na moje jest ich tu nieco za dużo… – stwierdzasz, czując
skurcz dłoni, w której przez cały dzień trzymałeś dłuto – Coś tu wcześniej
było?
– Ponoć jakiś zafiksowany facet mieszkał tu sto lat temu. – oświadcza z
zamyśleniem, a wyrwawszy się z niego dopowiada – Tak przynajmniej mówili
poprzedni właściciele.
– Poprzedni? – zapytujesz zainteresowany – To ile już tu mieszkacie?
– Jakieś dwadzieścia lat. Dzieci kupiły nam tą działkę w prezencie na rocznicę
ślubu. Mówili, iż to dla naszego zdrowia i spokoju. Chociaż ja dobrze wiem, iż
chcieli się nas po prostu pozbyć z mieszkania i mieć je tylko dla siebie. –
mówiąc to zaśmiewa się serdecznie.
– Hm… – wydajesz z siebie krótki dźwięk, brzmiący jakby ta informacja dala ci
coś do zrozumienia.
Wtem zapada
milczenie, które zdaje się być stosownością do opuszczenia pomieszczenia, lecz
nie mając nic konkretnego do zrobienia, postanawiasz sobie jeszcze tu
posiedzieć.
Komentarze
Prześlij komentarz